"Człowiek nie jest stworzony do klęski. (...) Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać."
Ernest Hemingway



***
sobota, 22 listopada 2008


Niech to!
Ja naprawdę, naprawdę chcę skończyć to opowiadanie!
Nie wiem, kiedy coś się pojawi, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby było to jeszcze przed Świętami.


6 stycznia 2009
No i jak zwykle, chociaż tym razem nie z mojej winy, plan wziął w łeb. Nie wiem, kiedy notka się ukaże - wcześniej muszę jeszcze przejrzeć starannie poprzednie, bo dzięki uprzejmości serwisu nie mogłam zrobić tego w święta, jak planowałam. A bez tego, niestety, ani rusz.
Pf, czarno to wszystko widzę.


komentarze [4]

...
sobota, 6 września 2008


A niech to!

Nie porzucam. Nie zostawiam.
Coś się niedługo ukaże.

Poczekacie...?
EDIT (4 listopada 2008): Och. To jednak trochę potrwa.
komentarze [3]

Rozdział XIII
niedziela, 22 czerwca 2008


Khem.
„Defeated” z krótkiego opowiadania pisanego w wolnych chwilach zaczyna mi się zamieniać w coraz dłuższą i dłuższą, a nade wszystko coraz bardziej skomplikowaną powieść.
Ojej. (...)
Dzisiaj rozbudowana dedykacja, a co!
— Dla wszystkich, którzy naprawdę kibicowali naszym na EURO 2008.
— Dla wszystkich, którzy patrzyli w ekran telewizora z otwartymi ustami jeszcze parę minut po zakończeniu meczu z Austrią.
— Dla wszystkich, którzy również żałują, że Portugalia i Holandia odpadły.
— Dla wszystkich, którzy w czasie tych mistrzostw ni stąd, ni zowąd stali się pasjonatami piłki nożnej (...).
— Dla wielbicieli Kubusia Puchatka, a w szczególności (!) Kłapouchego i Prosiaczka.
— Dla Marudki! (Tak! Chodziło mi o Snape’a!)
(...)
Khem. To, jak sądzę, byłoby na tyle.
Bez bety, na której znalezienie już właściwie nie liczę. Za każdy wytknięty błąd z góry serdecznie dziękuję.
(To naprawdę przestaje być zabawne. Trzynaście rozdziałów i dopiero pojawia się zarys fabuły!)


Rozdział XIII

Czuł jak płatki śniegu wpadają mu za kołnierz. Znów zaczęło padać, niebo zasnuwały ciemne chmury. Powoli zapadał zmrok, a na ulicach było coraz więcej ludzi.
Spacerowali, oglądali wystawy sklepowe, biegli na przystanki autobusowe. Nad chodnikami unosił się szmer ich rozmów i kroków, nad drogami szepty starych silników tkwiących w korkach samochodów. Co chwilę ponad zwyczajne uliczne odgłosy wznosił się dźwięk klaksonu lub czyjś nerwowy krzyk.
Powoli zaczęły zapalać się światła latarni, najpierw ciemnopomarańczowe, potem bladożółte. Ludzie niczym ćmy wędrowali od jednej sklepowej wystawy do kolejnej, obserwując je swoimi pustymi oczami.
Byli tak różni i tak podobni jednocześnie. Ubrani w kolorowe ubrania, mające nieco przysłonić szarość ich spojrzeń, z drogą biżuterią na szyjach i fałszywym uśmiechem na ustach. Ludzie współcześni, pokolenie, dla którego funkcję Boga pełniła Moda — tak, „Moda” zawsze była z wielkiej litery a „ludzie” z małej, powinni dostrzec ten absurd, powinni, ale nie dostrzegali — ludzie, których budził przenikliwy dźwięk elektronicznego budzika i kubek — kilka kubków? — gorącej kawy. Zniewoleni przez własne poglądy i Rzeczywistość, żyjący w tempie szybszym niż zdolne były bić ich serca. Biegnący do pracy w eleganckich płaszczach, z neseserami przyciśniętymi do piersi, zawsze uczesani, zawsze z nieskazitelnie białymi kołnierzykami, nawet, gdy w wieku trzydziestu pięciu lat lądowali w czarnych i ciasnych trumnach. Ludzie, dla których nie było większej świętości nad nimi samymi. Więźniowie, zamknięci w swoich złotych klatkach i owinięci złotymi sieciami własnoręcznie utkanych kłamstw. Uciekający wiecznie przed zrozumieniem, które nachodziło ich ciemnymi wieczorami w miękkim fotelu przy kominku lub na balkonie, gdzie wypalali właśnie ostatniego papierosa — może ostatniego tego konkretnego dnia, może ostatniego w życiu. Z czarnymi słuchawkami w uszach, muzyką tak głośną, że była nawet w stanie zagłuszyć ich myśli. Tak głośną, że mogli dzięki niej ignorować zbyt szybkie i nierówne bicie własnych serc, tak głośną, że nie usłyszą nawet jak z prędkością dwustu kilometrów na godzinę czarnym kabrioletem dogania ich Śmierć.
Dzisiaj byli tutaj razem, z jednakowo rozbieganymi spojrzeniami, pochłonięci planowaniem jutra, które pewnie dla przynajmniej kilku z nich nie miało nadejść. Tak różni, w swoich niepowtarzalnych, drogich ubraniach i fryzurach, i tak identyczni ze swoją wiarą we własną nieśmiertelność.

Warren włożył dłonie do kieszeni i zadarł głowę, wymijając grupę turystów. Gmach Ministerstwa widoczny był z daleka. Przechodnie — ci magiczni, naturalnie — widzieli biały, świeżo odnowiony budynek, niewielki, naturalnie — większość Ministerstwa mieściła się pod ziemią — ale przyjemny dla oka. Nadziemna cześć Ministerstwa nie pełniła żadnych ważniejszych funkcji — znajdowała się tam winda dla pracowników oraz kilka punktów informacyjnych, a także dwa lub trzy biura zajmujące się udzielaniem prawniczych porad interesantom.
Warren jednak podejrzewał, że główną funkcją eleganckiego budynku, z frontu przypominającego nieco ateński Partenon — tylko znacznie odmłodzony i nie posiadający tej niepowtarzalnej magii — była prezentacja ważności instytucji Ministerstwa.
Gdyby nie ozdobne kolumny przy wejściu i pomysłowe naśladownictwo klasycyzmu —naśladownictwo naśladownictwa, co za absurd — budynek byłby tylko sześcienną, brzydką bryłą.
Warren pchnął przeszklone drzwi ze złotą, okrągłą i błyszczącą klamką. Wnętrze było chłodne i przyjemne, wypełnione łagodnym światłem padającym z zawieszonych u sufitu, obracających się żyrandoli. Skinął kilku znajomym pracownikom i podszedł do windy.
Czubkiem różdżki dotknął drzwi i wyszeptał pod nosem inkantację. Rozległo się ciche pyknięcie.
Winda była stylizowana na starą, z drewnianymi, rzeźbionymi ścianami i złotymi poręczami.
Przeciętny mugol — gdyby naturalnie mógł w ogóle do gmachu Ministerstwa wejść — byłby zapewne zachwycony. Winda pokonywała dziesiątki pięter absolutnie bezszelestnie, niezwykle szybko i bez właściwych starym mugolskim wynalazkom awarii. Cóż, w końcu nie unosiły jej metalowe liny tylko magia. Warren niemal słyszał jej szept, ciche wibracje.
Było to jednak niczym w porównaniu z uczuciem, jakiego doznawało się, wchodząc do Hogwartu. Dzieci niemal tego nie dostrzegały, a nauczyciele byli przyzwyczajeni, ale Warren, mijając wysokie mury, miał wrażenie, jakby w jego głowie wybuchł chór głosów. Śpiew, delikatny i piękny, oszałamiający. Tam magia była tak namacalna, że Warren podejrzewał, że wystarczyłoby wyciągnąć dłoń by poczuć pod palcami jej dotyk. Iskrzyła w powietrzu, zdawała się falować. Tam poddane jej było wszystko, to na magii opierał się cały zamek.
Rozległo się ciche pyknięcie i drzwi windy rozsunęły się. Hol główny Ministerstwa Magii bardzo się zmienił od czasów Wielkiej Wojny. Usunięto propagującą antymugolskie poglądy figurę. Zastąpiono ją niemal wierną rekonstrukcją Fontanny Magicznego Braterstwa, tuż obok której, na kamiennym piedestale, ustawiono wykonany z marmuru posąg Albusa Dumbledore’a z tablicą upamiętniającą jego pojedynek z Voldemortem. Kamienny Dumbledore trzymał w jednej dłoni książkę, w drugiej różdżkę.
Warren nienawidził tego pomnika. Był nieprawdziwy, fałszywy.
Na marmurowej twarzy gościł wyraz powagi, kamienne oczy były puste. To nie był Dumbledore, to nie był człowiek, który siedział za swoim starym biurkiem i uśmiechał się swoim zmęczonym, odrobinę smutnym uśmiechem, Dumbledore, w którego oczach do samego końca tlił się blask.
Ludzie mili tu przychodzić przez dziesiątki lat, oglądać pomnik, robić sobie przy nim zdjęcia, słuchać suchych wykładów przewodnika o dokonaniach Albusa Percivala Wulfryka Briana Dumbledore’a z nieco znużonymi uśmiechami na ustach. Będą widzieli kawałek marmuru, niezłą rzeźbę i nic ponadto. Dla nich Dumbledore będzie kolejnym tematem do eseju na Historię Magii, kamienną figurą, z niejasnych powodów stojącą pośrodku budynku Ministerstwa.
Warren ominął fontannę i skierował się do biur. Była sobota, więc w pracy nie siedziało zbyt wielu ludzi. Pojedynczy czarodzieje kręcili się po holu z wysokimi kubkami pełnymi gorącej kawy.
Warren skręcił w lewo i zapukał do drzwi jednego z biur, po czym wszedł, nie czekając na zaproszenie. Za eleganckim biurkiem z ciemnego drewna siedziała Adelaide Connors.
Była to kobieta koło czterdziestki, nieco przy kości. Miała pulchną, dobrotliwą twarz i ciemnobrązowe oczy. No i słabość do Warrena.
Uśmiechnęła się na jego widok i machnęła ręką, wskazując miejsce naprzeciw biurka. Dokończyła dopisywać coś w swoim wściekle żółtym notesie i schowała go do szuflady. Sięgnęła po kubek z kawą i wypiła kilka łyków, po czym spojrzała na niego pytająco.
— No, o co chodzi? — zapytała, uśmiechając się.
— Wiesz może, w których godzinach mogę spotkać tu Vantresa? — zapytał Warren, rozglądając się po pomieszczeniu. Musiał włożyć dużo wysiłku, żeby jego głos zabrzmiał zdawkowo.
— Pracuje od dziewiątej do siedemnastej, przynajmniej teoretycznie — odpowiedziała, poszukując czegoś w swoich notatkach. — Wiesz jak to u nich jest. Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów przeważnie działa poza Ministerstwem.
— Jasne — mruknął. Cholera, czyli mogą być problemy. Miał szczerą nadzieję, że Vantres aktualnie nigdzie się nie wybierał z delegacją.
— Taak. A o czym chcesz z nim rozmawiać? Nie robi wrażenia specjalnie miłego człowieka.
Cóż. Ponad połowa społeczeństwa jednak myśli inaczej.
— Muszę z nim omówić kilka spraw — odparł wymijająco.
— Pogadaj z jego sekretarką — poradziła Adelaide. — Niezła z niej zołza, ale może uda ci się coś wynegocjować. Nazywa się Melanie Richards.
— Dzięki — powiedział Warren. Melanie... Wspaniale. Lepszej sekretarki już sobie nie mógł znaleźć. — Pójdę już, Addy. Trzymaj się. I nie pij tyle kawy.
Uśmiechnął się do niej i wstał.
— Kto to mówi — odparła, również się uśmiechając. — Też się trzymaj. Napisz, jakby zdarzyło ci się przypadkiem przyjść do pracy.
— Pewnie — powiedział. — Na razie.

Wiedział, że będzie musiał jak najszybciej porozmawiać z Melanie. Czas uciekał, z każdą chwilą było go coraz mniej. Vantres był niebezpiecznym przeciwnikiem, niezwykle niebezpiecznym, szczególnie, że miał moc zjednywania ludzi i wyznaczania im celów. Był człowiekiem, który nie zawaha się przed niczym, poświęci w imię zemsty wszystko.

Wszystko zaczęło się od pewnego letniego wieczora. Było gorąco i sucho, Prorok Codzienny w tamtych miesiącach rozpisywał się o pożarach, w mugolskich Wiadomościach nakłaniano do oszczędzania wody.
Warren słyszał cykanie świerszczy w koronach drzew, kiedy klęczał pośrodku bladobłękitnej polany i wdychał zapach własnego strachu i gorącego wiatru. Czuł spływającą wzdłuż kręgosłupa strużkę potu.
Bał się, oczywiście. Każdy, kto nienawidzi własnego dowódcy, boi się, klękając przed nim.
Słyszał nierówne oddechy i szelesty szat zgromadzonych wokoło śmierciożerców. Ziemia pod jego kolanami była ciepła i szorstka, gorący wiatr unosił z niej pył i porywał go w powietrze. Wysoko ponad nimi błyszczały swoim bladym światłem gwiazdy i zawieszony nad ciemnymi drzewami księżyc.
Utkwił wzrok w butach stojącego naprzeciw człowieka.
Człowieka? Wolne żarty.
Szumiało mu w uszach. Czuł magię Voldemorta, unoszącą się wokoło jak mgła. Pewnie właśnie to fascynowało ludzi, ta niewyobrażalnie wielka siła.
— Bello — syknął Voldemort do klęczącej obok Warrena kobiety — musisz tym razem przewodzić akcji. Twojemu żałosnemu mężowi się to nie udało. Wiesz, co robić. Nie popełnij błędu.
— Tak, mój panie — szepnęła Bellatrix Lestrange, patrząc na Voldemorta błyszczącymi fascynacją oczami. Warren gardził nią, gardził stojącymi wokół, cuchnącymi potem mordercami, ale nade wszystko gardził samym sobą, klęczącym przed najgorszym z nich.
— Idźcie.

Aportowali się przed bramą dużego domu. W kilku oknach paliło się światło, Warren widział nawet cienie ludzi. Na zewnątrz już dawno zapadł zmrok.
Wszyscy wyciągnęli różdżki i Bellatrix pchnęła wrota, uśmiechając się.
— Dziecinada — powiedziała cicho. — Wy dwaj — wskazała Notta i nieznanego Warrenowi mężczyznę — zajmijcie się tyłami. Zabezpieczcie okna i drzwi. Chodzi nam przede wszystkim o starego, ale to bez znaczenia. Z domu nikt nie może wyjść żywy, rozumiecie?
— Jasne — mruknął Nott. Wraz z towarzyszem oddalili się wydeptaną wśród trawy ścieżką, okrążając domek.
Reszta zaczęła rzucać zaklęcia zamykające na okna i drzwi. Warren starał się poruszać możliwie bezszelestnie wśród równo przyciętych żywopłotów i krzewów. Ogród był duży i bardzo zadbany, przywodzący mu na myśl Last Hill z czasów jego dzieciństwa. Starał się nie patrzyć w kierunku okien. Jakaś cześć jego umysłu wiedziała, że za nimi, w ciepłym salonie, siedzi młoda kobieta — żona Vantresa, jak się później dowiedział, poniewczasie, cóż — oraz jej rodzice. Celem był tylko ojciec, ale cóż z tego?
Zapewne trójka ludzi siedziała teraz przy kominku, może nawet rozmawiała, śmiejąc się wesoło. Pewnie nie zauważyli, że wypowiadają ostatnie słowa w swoim życiu i po raz ostatni mogą wziąć się za ręce.
Kilka ptaków z krzykiem poderwało się z pobliskiego drzewa. Warren wzdrygnął się i minął werandę.
(On znajdzie ich tutaj, w domu, we własnym domu. Martwych. Tak, dokładnie tak jak ty kilka lat temu znalazłeś na werandzie Caroline, swoją matkę. Czy to jest jednak powód, żebyś się zatrzymał, zawahał? Nie. Nie, ponieważ wahanie kosztuje, a ty nie wiesz, czy jest coś prócz własnego życia, czym mógłbyś zapłacić.)
Spojrzał na Bellatrix, która skinęła powoli głową i wyciągnęła różdżkę. Jej ciemne włosy targał wiatr, na twarzy gościło szaleństwo. Warren zastanawiał się, czy u niego również widać już jego oznaki.
Zamknął oczy, jak robił to już tysiące razy wcześniej, i kiedy je otworzył, nie pamiętał już o ludziach śmiejących się w salonie, nie pamiętał o własnych myślach i goryczy, nie czuł niczego.
Dom objęły płomienie. Usłyszał dobiegające z wnętrza krzyki i nawoływania, wrzaski przerażenia. Stał przed drzwiami i patrzył, jak klamka obraca się i nieruchomieje, ten widok utkwił mu w pamięci jak kolec.
Patrzył jak płomienie zamieniają dom w popiół, a ludzi we wspomnienia i nie czuł niczego. Przełknął ślinę, gdy po dłuższej chwili krzyki zaczęły milknąć powoli. Odwrócił się od płomieni i usłyszał, jak w domu pękają szyby. Widać Bellatrix zdjęła już zaklęcia zamykające.
Przed jego oczami stanął widok płonących kotar nad łóżkiem i czarnego, wylatującego przez okna dymu, lecącego w kierunku nieruchomego, zamyślonego księżyca i pobladłych gwiazd.
Oblizał spierzchnięte wargi.
Minął Bellatrix i ruszył nierówną, suchą ścieżką w kierunku bramy. Słyszał za plecami trzaskanie płomieni i echo krzyków, jakaś cześć jego serca wiedziała, że będzie słyszał je już zawsze, tak jak zawsze słyszał dźwięczny śmiech Leigh i Lestera, świst, z jakim strzały przecięły błękitne niebo w dniu pogrzebu Dumbledore’a — był tam, nikt nie mógł go zobaczyć, nie dołączył do siedzących na krzesłach czarodziejów, bo do nich nie należał, ale był tam — wreszcie coraz cichszy szept Carmen — kocham cię, Warren — i własny beznamiętny głos, gdy przysięgał Voldemortowi wierność. Te szepty nie ustawały nigdy, były częścią niego.
Jedyną częścią, która wciąż była zdolna czuć.
Najtrudniejsze było to, że Vantres miał powody, żeby go nienawidzić. Prawdziwe, niepodważalne powody. Warren widział w jego oczach szaleństwo — tak podobne do szaleństwa błyszczącego w oczach Bellatrix — ale jednocześnie wiedział, że Vantres miał prawo do zemsty.
Tak samo jak zdawał sobie sprawę, że on sam zasługuje na Azkaban.

To było tchórzostwo, bał się śmierci. Bał się i pragnął jej. Nienawidził się za własny lęk. Nienawidził, ponieważ widywał ludzi stokroć odważniejszych.
(Caroline w białej sukience, stojąca na werandzie, blada i samotna, a naprzeciw niej jej mordercy. Błysk odwagi w niebieskich oczach i ręka zaciskająca się na różdżce w ostatnim geście zdecydowania: „nie dostaniecie mnie żywej”.)
(Ojciec leżący na miękkim łóżku i uśmiechający się do nadchodzącej śmierci, patrzący tym swoim odrobinę pogardliwym spojrzeniem, nie czujący nawet lęku.)
(Carmen uśmiechająca się do niego, piękna i smutna, ale zdecydowana i odważna, do ostatnich chwil walcząca ze śmiercią i w końcu przyjmująca ją ze spokojem.)
(Rosevelt — sam siebie nazywający tchórzem — patrzący na niego, gdy widzieli się po raz ostatni, nim Warren został uniewinniony a Rosevelt wylądował w Azkabanie. Wyraz jego twarzy i zrozumienie w oczach, zrozumienie człowieka, który wie, co go czeka. Uśmiech wykrzywiający usta i szybkie poklepanie po plecach, jakby to Warrena z nich dwóch trzeba było pocieszać.)
Vantres był szaleńcem, nieważne czy przez śmierć żony i jej rodziców, czy z jakichś innych powodów. Warren nie mógł po prostu dać mu się uwięzić i skazać, żeby utalentowany dyplomata mógł potem przekonać naiwnych Anglików, jak to wspaniałym jest politykiem (nieważne z jakiej warstwy społecznej pochodzą, złapię i wsadzę do więzienia wszystkich śmierciożerców w ciągu roku). Nie mógł dać Vantresowi do ręki tak mocnych kart. Nigdy.
On sam nie miał już nic do stracenia a wszystko do zyskania. Jeżeli znajdzie faceta od listów i zabije go — tak, zrobi to, oczywiście, że zrobi — przed nim będzie przyszłość, w której odzyska Lestera i Leigh, przyszłość, w której będzie mógł coś zmienić, naprawić. To było proste i Warren wiedział, że musi spróbować. Ponieważ całe życie uciekał, a teraz droga ucieczki zakończyła się ślepą uliczką i mógł tylko odwrócić się na pięcie i stanąć naprzeciw tego, czego się boi.
Zrobi tak.
(Ponieważ jest tchórzem i ponieważ pragnie nim nie być.)

*

Rosevelt leżał pośrodku celi na plecach, z rękami pod głową. Podłoga była zimna i brudna, ale jemu zupełnie to nie przeszkadzało.
Minęły czasy bali i wizyt w dworach, pomyślał, wzdychając teatralnie. Nie żeby jakoś szczególnie żałował.
Przetoczył się na brzuch i wyjął spod prowizorycznej koi swój największy skarb — martwego szczura. Trzymając go za ogon możliwie jak najdalej od twarzy, podniósł się i podszedł do okna. Z zeszłego szczura pozostało bardzo niewiele, ktoś nieuświadomiony pewnie nie odgadłby, jakie to zwierzę. Rosevelt odwiązał stare szczątki i przywiązał świeże, uśmiechając się szeroko.
Plan był obłędnie genialny. Obłędnie.
No dobrze, może nie obłędnie.
W gruncie rzeczy miał całą masę słabych punktów. Rosevelt jednak porzucił pesymistyczne myśli i z nieukrywaną nadzieją codziennie przeprowadzał oględziny szczurzych zwłok. Auorzy obserwowali to ze skrajnie różnymi emocjami — od graniczącego z mdłościami obrzydzenia (ci młodsi) aż po szczere rozbawienie (starsi). Roseveltowi było obojętne, co myśleli, dopóki nie zaczynali się wtrącać. Wrócił na swoje miejsce na podłodze.
— Ej, ty — usłyszał zza krat. Poczuł, jak jego wargi rozciągają się w szerokim uśmiechu satysfakcji. Musiał włożyć wszystkie swoje siły, żeby go ukryć.
— Hm? — zapytał, nie podnosząc się.
Dawlish stał za kratami, wyraźnie zdenerwowany. Rozglądał się wokoło niepewnie. Rosevelt obserwował jego odbicie w kałuży. Dawlish miał na sobie robocze ubranie i wyglądałby zupełnie normalnie, gdyby nie śmiertelna bladość i perlący się na czole pot.
— Musimy pogadać — powiedział Dawlish nieco drżącym głosem. — Zbieraj się z podłogi.
Rosevelt zignorował go, czując przy tym niewątpliwą satysfakcję.
— Mówię do ciebie!
— Mówić - to mało, trzeba mówić do rzeczy — odparł z nieskrywaną satysfakcją. Po czym, widząc niewiele rozumiejące spojrzenie Dawlisha, dodał: — Szekspir.
— Słuchaj, to, co mówiłeś o Dowodzie Lojalności...
— Mmm?
— Wiesz, to rzuca światło na całą sprawę...
— Co ci do tego? — zapytał Rosevelt, nagle poważniejąc, i przekręcił się na brzuch, po czym zadarł głowę i uniósł brwi. — Chyba nie po to pozamykałeś tu ludzi, żeby ich teraz wyciągać?
— Nie, nie! — Dawlish machnął ręką i rozejrzał się ponownie. Kosmyki jasnych włosów lepiły mu się do czoła. Sprawiał wrażenie, jakby kompletnie zapomniał, z kim rozmawia. — Ale pomyśl! Ministerstwo bada fenomen Voldemorta, a ja mam coś takiego! To wyjaśnia tak wiele, że nawet sobie nie wyobrażasz...!
Och, nie obrażaj mojej inteligencji.
— Naprawdę? — zapytał wkładając w swój głos możliwie wiele uczucia. Z trudem powstrzymywał się przed wybuchnięciem histerycznym śmiechem.
— Tak...!
O Merlinie. Widzisz i nie grzmisz.
— Więc opowiesz mi, o co chodzi z tym Dowodem Lojalności? — zapytał z nadzieją Dawlish.
— Nie sądzę — odparł Rosevelt, przeciągając się.
— Dlaczego? — W głosie aurora zabrzmiało autentyczne zdziwienie.
— Dlaczego akurat ja? — zapytał, rozkoszując się własnymi słowami i znajomością odpowiedzi.
— Bo tylko ty ze śmierciożerców pozostałeś przy w miarę zdrowych zmysłach — odparł Dawlish bez zastanowienia. — Przynajmniej na tyle, żeby udzielać odpowiedzi na pytania.
— Tak? O. A co się stało z resztą? Z tymi setkami ludzi? Tysiącami? — Jego usta wykrzywił drwiący, gorzki grymas. — Ach! Przecież pamiętam! Nie żyją!
— Nie wiesz o czym mówisz — mruknął Dawlish, skubiąc brodę.
— A no tak. To prawda. Skąd mam wiedzieć, jak to jest siedzieć w Azkabanie i czekać na śmierć? Podziwiam twoją głupotę, Dawlish. Osiągnęła apogeum.
— Wrócę tu jeszcze. Lepiej się zastanów nad odpowiedzią — zagroził Dawlish, ponownie rozglądając się po korytarzu
— Wracaj sobie, wracaj.
Obserwował spod półprzymkniętych powiek odchodzącego mężczyznę.
Podniósł się i ruszył na codzienny obchód celi. Teraz, kiedy miał cel, coś, o czym mógł myśleć, Azkaban nie był już tak przerażający. Nie kiedy wiedział, że ucieknie.
Oparł się o kraty i utkwił wzrok w oknie. Już niedługo tam będzie, za kratami, za murem. Wolny.

Stał na polanie, spowitej bladoniebieskim światłem księżyca. Wdychał zapach nocy, drzew, wilgotnej trawy. Miał wrażenie, że jego uczucia żeglują gdzieś w przestworzach, porzucając go raz na zawsze. Słyszał szelest z jakim płaszcz ocierał się o buty i ziemię, ale poza tym noc była niezwykle cicha. Jakby wszystko zamarło w oczekiwaniu. Jakiś biały ptak z krzykiem poderwał się z gałęzi i wzleciał w niebo.
Zamknął oczy. Miał wrażenie, że faluje, dryfuje na granicy rzeczywistości i snu. Czuł oddechy innych wokoło, ale w swoich wyobrażeniach na polanie był zupełnie sam.
— Jesteś gotowy? — To był głos jednego ze śmierciożerców. Rosevelt otworzył oczy i skinął głową.
Na polanie nie było wielu ludzi; gdy Voldemort zniknął część wylądowała w więzieniach, część odeszła, pozostali tylko najwierniejsi. Stojący naprzeciw mężczyzna był przerażająco brzydki, wysoki i postawny, z kapturem zarzuconym na głowę. Cień nieco zasłaniał jego twarz, ale nie głęboką, ciągnącą się przez policzki bliznę.
— Czy przysięgasz wierność naszemu Panu i nawet gdyby nie powrócił, kontynuować jego dzieło?
— Tak. — Wierzył w to. Merlinie, naprawdę w to wierzył. Trudno jednak byłoby wątpić, stojąc pośrodku bladobłękitnej polany, otoczonej czarnymi jak smoła drzewami i słysząc ciche oddechy i szelest liści.
— Czy przysięgasz oddać życie, gdyby było to niezbędne?
— Tak. — Jasne. Szczególnie, że będąc nastolatkiem bardzo wierzy się, że kiedyś nadejdzie śmierć.
— Czy przysięgasz wykonywać polecenia naszego Mistrza, a przez to także jego najlepszych sług?
— Tak. — Trzy razy „tak”. Ostatnie zabrzmiało jak gong, poprzedzający uniesienie przez kata topora, nim opuści go na szyję ofiary. — Przysięgam.
Mężczyzna dotknął różdżką jego ręki. Całe ciało Rosevelta objął promieniujący, piekący ból, po dłoni popłynęła ciemnoczerwona krew. Zamknął oczy, słysząc coraz głośniejsze uderzenia własnego serca. Szum w uszach wzrastał.
Nagle wszystko ustało. Z trudem rozwarł powieki i zachłysnął się ciepłym powietrzem. Widział wszystko tak wyraźnie, że niemal bolały go oczy. Kolory były nienaturalnie jaskrawe, kontury mocno zarysowane. Pohukiwanie sowy wwiercało się w jego umysł.
Odruchowo zacisnął palce powyżej miejsca, gdzie jeden ze śmierciożerców wciąż trzymał różdżkę.
Na przedramieniu, tam, gdzie cztery lata później miał pojawić się Mroczny Znak, lśnił jasno Znak Wierności — znak dopełniania Przysięgi Wierności składanej w imię Voldemorta. Znak, po którym Czarny Pan miał rozpoznać później najwierniejszych z wiernych, ludzi, którzy nawet w czasie jego nieobecności werbowali nowych śmierciożerców.
Rosevelt czuł, jak kręci mu się w głowie. Może z powodu bólu, może utraty krwi. Wyciągnął różdżkę i z trudem powstrzymując dreszcze, zasklepił ranę i oczyścił ją. Znak był złotawy i połyskiwał delikatnie, stanowił idealną miniaturę Mrocznego Znaku i oznaczał dokładnie to samo, co wszystkie wypalane na skórze Znaki — niewolnictwo.
Jednak żaden z nich tego nie widział, a kiedy wreszcie zrozumieli, było za późno.
Za późno.

*

Styczniowy wieczór już wiele godzin temu przegonił z szaroniebieskiego nieba słońce.
Padał śnieg. Księżyc zawisł w bezruchu nad powykrzywianymi i gnącymi się gałęziami Zakazanego Lasu, w niemym smutku podziwiając własne odbicie w niespokojnej tafli jeziora.
Ciszę co chwilę przerywały szelesty, skrzypienia starych konarów drzew i przeciągłe nawoływania zwierząt. Przenikliwe wycie osamotnionego wilka lub wilkołaka zaraz zostawało zagłuszone przez tysiące innych, zlewających się w jeden wielki koncert, piękny jedynie dla tych, którzy mieli na wyciągnięcie ręki bezpieczne schronienie.
Wystrzelona przez któregoś z centaurów płonąca strzała przecięła niebo i zgasła w połowie swej drogi do celu.
W zamku panowała nienaturalna cisza, przerywana tylko czasem przekleństwami woźnego i szelestami szat dyżurujących nauczycieli. Duchy krążyły po rozświetlonych blaskiem pochodni korytarzach, wymieniając szeptem nieistotne uwagi.
Flagi na szczycie każdej z najwyższych wież łomotały na wietrze, niezmienne i stałe, obojętne na wszelkie wojny.
Leeann wraz z innymi nauczycielami siedziała w pokoju nauczycielskim. Wszyscy sprawiali wrażenie zmęczonych.
Pomieszczenie było niezbyt duże, owalne. Przyjemne dla oka z eleganckim umeblowaniem i stojącym po środku okrągłym stołem. Pokój rozjaśniały umocowane w żyrandolu świece, światło odbijało się od kilku zawieszonych na ścianach luster.
Nauczyciele popijali kawę z niedużych kubków i ogrzewali od nich dłonie, czekając na dyrektorkę.
Było coś przykrego w atmosferze tego miejsca. Starsi nauczyciele z dłuższym stażem dostrzegali bezwzględną różnicę między tym, jak wyglądały zebrania za i po czasach Dumbledore’a. Każdy z nich widział, jak wiele magii stracił Hogwart po odejściu tego może i starego, może i dla wielu zbyt mądrego, ale przede wszystkim dobrego i odpowiedzialnego człowieka.

Najdziwniejszą postacią w całym nauczycielskim pokoju nie był centaur Firenzo ani wróżka Trelawney, tylko stojący przy drzwiach, oparty o ścianę Brian Crults, nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią, opiekun Gryffindoru i jeden z lepszych czarodziejów w Hogwarcie, absolwent Wyższej Szkoły Magicznej w Atenach, dobry mąż i syn. Można by tak wymieniać jeszcze przez kilka minut.
Brian wzbudzał w Leeann dziwną, bezpodstawną niechęć.
Miała nieodparte wrażenie, że skądś go zna, kojarzy. Było coś znajomego w jego gestach, minach.
Brian był wysokim, niewątpliwie przystojnym mężczyzną. Jasnowłosym, o przeraźliwie przenikliwych, niebieskich oczach, bladej cerze i wąskich, zaciśniętych ustach. To nie wygląd sprawiał, że Brian wydawał się Leeann kimś dziwnie znajomym.
Może chodziło o to, że Brian był niezwykłym czarodziejem. Niesamowicie, niewiarygodnie szybkim. Nigdy, przenigdy nie chciałaby stanąć z nim do pojedynku.
Po raz pierwszy dostrzegła to podczas ostatniego obchodu.
Szli obok siebie wzdłuż granicy lasu, milcząc i obserwując błonia. Był wieczór i dyrektorka wysłała ich na patrol. Piątkowe obchody były tradycją, to wtedy najwięcej uczniów — w domyśle Ślizgonów — wymykało się za tereny Hogwartu. Leeann starała się zachowywać możliwie naturalnie, podświadomie czuła, że Brian nie powinien zdać sobie sprawy z jej podejrzeń.
Brian szedł równym, pewnym krokiem. Milczał.
Granice lasu znaczyły wbite co kilkanaście metrów zaczarowane pochodnie. Drzewa rzucały na trawę długie cienie. Po śmierci Dumbledore’a Hogwart trzeba było wielokrotnie umacniać. Dotąd niewielu ludzi wiedziało, że to głownie magia wybitnego czarodzieja sprawiała, że to miejsce było absolutnie, bezwzględnie bezpieczne. Nakładano nowe zaklęcie, Hogwart niemal nimi śpiewał, szczególnie w księżycowe, zimowe noce.
Zamek był wyspą na tle pełnego złotych gwiazd nieba.
Brian szedł obok.
Nagle za ich plecami, w Zakazanym Lesie, który od śmierci dyrektora stał się naprawdę niebezpiecznym miejscem, rozległ się szelest. Szelest i stukot.
Nie zdążyła mrugnąć, nie zdążyła pomyśleć o reakcji, gdy Brian już stał wyprostowany, z różdżką w ręce. Był tak szybki, że nie dostrzegła ruchu jego ręki. Był tak szybki, że gdyby ktoś jej o tym opowiedział, nie potrafiłaby uwierzyć. Był tak szybki, że gdyby chciał, zabiłby ją zanim zdążyłaby pozbierać myśli.
Był nawet szybszy od Warrena.
Pozbyła się tej myśli; była niepotrzebna. Niepotrzebna i przykra, bo Warren nie był już tym samym człowiekiem.
W jego oczach nie było tej niesamowitej siły, która sprawiała, że był tak niezwykłą osobą.
Walcząc dla Voldemorta również jej w sobie nie miał.

Jednakże, gdy spotkali się ostatnio, Leeann czuła jego magię. Tę siłę, otaczającą każdego czarodzieja. Aurę magii, aurę niesamowitego opanowania własnych emocji, aurę siły.
Coś, czego nikt nie mógł ukryć, nie mógł schować. Coś, czego nie można odebrać.

Leeann otrząsnęła się z zamyślenia. Brian stał wciąż przy drzwiach pokoju nauczycielskiego, opanowany i spokojny. Uśmiechnął się do niej kącikiem ust.
Jakby wiedział.



komentarze [5]

Rozdział XII
czwartek, 22 maja 2008


Cóż, tak, witamy ponownie.
Dedykacja dla wszystkich, którzy zdołają przeczytać te siedem stron czcionką TMR 11.
Bez bety, za wytknięcie jakichkolwiek (najmniejszych!) potknięć dziękuję serdecznie.

Rozdział XII


Wiązki światła wpadały do pokoju przez pozamykane okna. Stojąca naprzeciw kominka kobieta trzymała w dłoni kieliszek z czerwonym winem, gładząc kciukiem chłodną powierzchnię szkła. W pustych, niebieskich oczach odbijał się blask dogasającego ognia, tańczący również w diamentach na szyi.
Wyczyszczone meble, wszystkie w jednakowych odcieniach drewna, wykonywane zostały na obstalunek. Zajmujące jedną ścianę regały z przeszklonymi drzwiczkami prezentowały dziesiątki półek, a na nich setki ułożonych alfabetycznie książek w ozdobnych, drogich oprawach. Żyrandol z miejscami na trzydzieści jednakowych świec obracał się powoli. Ciężkie zasłony, których barwa zanikała w półmroku, długimi, złotymi nićmi ocierały się o podłogę. Lśniący czystością parkiet i kilka obrazów o podobnych, nieco pretensjonalnych zdobieniach dopełniały wystroju.
Kobieta odwróciła się od kominka, gdy ostatni płomień zamigotał i zgasł.
Kurz – pomyślała, jej nozdrza rozszerzyły się, jakby z trudem chwytała oddech. – Kurz.
Jej ramiona i dekolt pokryła gęsia skórka. Wnętrze było przytulne i znajome, a jednak ona nie była w stanie przełknąć śliny, czuła występujący na czoło pot. Powierzchnia wina drgała, jakby poruszana wiatrem.
Klatka.
Wstrzymała oddech. Cisza była tak przytłaczająca, jakby pokój znajdował się w próżni. Pomimo ciepła, unoszącego się znad dogorywających na kominku węgielków, ciałem kobiety wstrząsały dreszcze. Poprawiła bladoniebieski szal na ramionach i złożyła ręce na piersiach. Szkło w drzwiczkach regałów zdawało się falować jak wzburzona tafla wody.
— Matko?
Zamrugała, głos przeciął dziwną ciszę, ale nie zagłuszył jej całkowicie - wciąż tam była, czaiła się pomiędzy regałami, wypełzała zza obrazowych ram, czekając, czekając, cze...
— Matko? Dobrze się matka czuje?
Podniosła głowę. Ludwig stał w drzwiach, patrząc na nią przenikliwie. Zagryzła wargi i zdobyła się na uśmiech. Syn nie oderwał wzroku od jej oczu, milcząc. Nie była w stanie odczytać wyrazu jego twarzy.
— Tak, wszystko w porządku, Ludwigu.
Syn był wiecznym powodem jej zmartwień. Zupełne przeciwieństwo Julii... Jako że była matką, oślepła na wszelkie wady jego wyglądu, ale nawet ona dostrzegała i słyszała niepochlebne opinie wygłaszane przez plotkarki. Siostra Ludwiga, Julia, była piękną, mądrą dziewczyną, teraz już dwudziestopięcioletnią. Wyszła za o siedem lat starszego mężczyznę, obecnie profesora Obrony Przed Czarną Magią w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Julia pracowała w Wydziale Do Spraw Magicznych Fałszerstw – dobra płaca, niewiele godzin i mnóstwo dokumentów do przeglądania, ale i czas na rozwijanie własnych zainteresowań, jak to sama mawiała.
Magdalene Till Willingston podejrzewała, że los nie rozdzielił równo szczęścia w jej rodzinie.

Ludwig stał dalej w progu, niezdecydowany. Ludzie dostrzegali w nim tylko jedną stronę, stronę wad. Drugą omijali wzrokiem, a Ludwig był zbyt dumny, żeby komukolwiek coś udowadniać. Może nawet na rękę było mu, co sądziła arystokracja.
Niektórzy widzieli w nim głupca, a on obojętnie na to pozwalał. Ponieważ nie rozmawiał na tematy wielkich pisarzy, brano go za nieoczytanego. Jako że zawsze zmieniał temat, gdy ktoś rozpoczynał konwersację o muzyce, uchodził za nudnego.
Niewielu dostrzegało jak Ludwig gardzi bezcelowymi rozmowami, ilekroć bardziej szanuje ludzi zdolnych milczeć.
Miał niemal siedemnaście lat, dobre oceny, uczęszczał do Ravenclawu. Pomimo to przyjmował niepochlebne uwagi na temat swoich zdolności i inteligencji z beznamiętnym spokojem, tak obojętnym, że nawet Magdalene czuła się czasem sfrustrowana.
Miał narzeczoną, o takie sprawy w świecie arystokracji rodzice dbali jeszcze nim pociechy stały się pełnoletnie. Keigley Lavrence, świetna parta. Śliczna dziewczyna, czysta krew. Ludwig uśmiechnął się wyjątkowo krzywo, kiedy przedstawiła mu te argumenty.
— Żenię się z dziewczyną, nie statusem krwi — powiedział sucho, swoim zwyczajem wpychając kciuki za skórzany pasek.
Jako że nie znalazła odpowiedzi, syn skinął głową i z tym samym, nieszczerym i gorzkim uśmiechem podpisał swoją cześć umowy, jak zwykle wypełniając polecenia rodziców z graniczącą z apatią obojętnością.

Ludwig patrzył na nią z lekko przechyloną głową, jego wyraz twarzy nie zdradzał żadnych uczuć.
— Ludwigu – odezwała się ponownie, patrząc na niego z powagą. — Postaraj się...
— ...dobrze zachowywać wieczorem — dokończył za nią ze znudzeniem. — Wiem, matko.
— Wiesz, co mam przez to na myśli.
— Nie będę udawał kogoś, kim nie jestem — powiedział. Patrzył teraz na nią pustymi, bezwyrazowymi oczami pluszowych zabawek, zupełnie wypranymi z uczuć.
— Cały czas to robisz — zauważyła. To były raniące, przykre słowa, ale w końcu cel uświęca środki.
— Źle się wyraziłem — odparł, składając ręce na piersi. Sprawiał wrażenie nieporuszonego, ale spojrzenie niebieskich oczu nie było już bezwyrazowe, przeciwnie, wypełnione wściekłością. Głos jednak nie drżał zupełnie. — Nie będę udawał kogoś, kim chciałabyś, żebym był.
Zawsze potrafił poprowadzić rozmowę tak, żeby nie znalazła żadnej odpowiedzi. Był zbyt inteligentny, żeby dać jej się pokonać w grze słownej. Wiedziała o tym doskonale i w głębi serca prócz irytacji czuła też dumę.
Uśmiechnął się do niej w taki sposób, w jaki uśmiecha się do obcej, napotkanej na ulicy osoby. Kąciki jego ust uniosły się, oczy pozostały zimne.
— Wiesz, że Keighley uważa...
— Wiem, za kogo uważa mnie Lavrence — odparł. Oparł głowę o framugę i wykrzywił wargi. — Nie mógłbym dbać o to mniej.
Odkładając kieliszek na stolik, zacisnęła palce na nóżce i zamknęła oczy. Kiedy podniosła głowę, Ludwiga już nie było.


Przyjęcie trwało od dobrych kilku godzin. Magdalene siedziała przy stole, sącząc wino przez zaciśnięte usta. Obserwowała spod półprzymkniętych, pomalowanych powiek wirujące na parkiecie pary, rozmawiających mężczyzn i chichoczące kobiety w skrojonych na miarę sukniach. Ludwig stał przy drzwiach, samotnie. Jego twarz była nieprzenikniona, tylko na ustach błąkał się lekko ironiczny uśmiech. Postawa wyrażała skrajne znudzenie i lekceważenie. Keighley Lavrence omijała go szerokim łukiem, starając się tańczyć w drugim kącie sali. Głośna muzyka i stukot obcasów przyprawiały Magdalene o coraz silniejszy ból głowy, pulsujący i wypełniający uszy szumem.
Naprzeciwko usiadła Janette Lavrence, matka Keighley. Kobieta była piękna już w czasach młodości, a teraz, w kwiecie wieku, prezentowała się wprost wspaniale w finezyjnych fryzurach, eleganckich sukniach i drogiej biżuterii. Niewiele kobiet mogłoby oświadczyć, że nie czuje na jej widok ukłucia zazdrości, kiedy obracała się na parkiecie z nabytą w dzieciństwie na lekcjach baletu gracją. Teraz Janette siedziała w nogą założoną na nogę i wachlowała się dłonią.
Magdalene zmarszczyła brwi. Janette do niedawna była bardzo przeciwna małżeństwu Keighley i Ludwiga, dopiero później, ku zdziwieniu śmietanki towarzyskiej, wyraziła zgodę. Magdalene podejrzewała, że mogło mieć to związek ze zdaniem samej Keighley. Wątpiła szczerze, żeby dziewczyna nagle zapałała miłością do Ludwiga, ale może po prostu dojrzała na tyle, aby zrozumieć sytuację. Mądra dziewczyna, tak.
— Wspaniałe przyjęcie, Magdalene — wyraziła uznanie Janette, w ujmującym uśmiechu prezentując białe zęby.
W jej oczach migotały radosne światełka, tego wieczora przetańczyła niemal wszystkie utwory. Był to kolejny powód, dla którego Magdalene przyglądała się kobiecie z uwagą graniczącą z fascynacją. Jeszcze jakiś czas temu Janette spędzała wszystkie bale przy stole, na nadgarstku na znak żałoby po mężu nosząc bransoletkę z czarnymi kamieniami.
Może wreszcie poradziła sobie ze stratą i postanowiła żyć dalej, nauczyć się ponownie odczuwać radość. To byłaby dobra wiadomość, pomyślała Magdalene, przykładając palce do skroni.
Podniosła się i zachwiała, z trudem utrzymując równowagę. Jej głowę przeszyła fala obezwładniającego bólu. Przeprosiła współtowarzyszy i skierowała się do wyjścia.
Z trudem dotarła na drugie piętro i weszła do sypialni. Płomień świecy kołysał się pomimo braku najlżejszego podmuchu wiatru. Spod tonących w mroku regałów wypełzły cienie, wypełniając jej głowę swoim niesłyszalnym, ironicznym śmiechem. Osunęła się na leżącą na łóżku, perską narzutę.

*

Pierwszym, co poczuł Warren, był obezwładniający ból. Nie otwierając oczu, wsłuchał się w nierówne bicie własnego serca. Odetchnął z trudem i przekręcił głowę.
Gwałtownie rozwarł powieki, już w chwilę później przeklinając pochopność tego czynu. Jasne światło dnia zdawało się przez oczy wdzierać do mózgu, wypełniając czaszkę bólem. Zaklął szpetnie i z trudem wyprostował zdrętwiałe nogi.
Marszcząc brwi, usiłował zgadnąć, gdzie się, u diabła, znajduje. Przez panoramiczne, pozbawione szyb okna do wnętrza wpadał lodowaty wiatr i jasne snopy słonecznego światła.
Warren zamrugał, słysząc ciche szuranie. Nieopodal barman, ubrany w poplamiony jakimś sosem fartuch, zamiatał podłogę, nucąc pod nosem jeden z przebojów sezonu.
Warren zaklął ponownie i oparł policzek na stole, otaczając głowę ramionami.
— Kolego? — zagadał barman, klepiąc go po plecach i śmiejąc się ochryple. Jego czerwony z zimna nos zdawał się święcić jak morska latarnia. — Zabawa była wspaniała, ale chyba pora iść do domu, co?
Dziurawy Kocioł. Alkohol. Dużo alkoholu, tak. Nic więcej Warren niestety nie pamiętał.
Zaiste. Zabawa musiała być wspaniała.
— Jestem coś winny? — zapytał, zbierając się do wyjścia. Zatrzymał się w pół ruchu, z trudem powstrzymując nudności. Zaklął pod nosem i otarł dłonią wargi, czując nieprzyjemny smak w ustach.
— Nie — mruknął barman po dłuższej chwili, najwyraźniej doszedłszy do wniosku, że to nie klient, któremu można wmówić długi. — Nie, życzę miłego dnia.
Warren podniósł z oparcia krzesła płaszcz, z ulgą natrafiając na portfel, niezupełnie pusty na dodatek. Jako że leżał w barze nieprzytomny przez kilka godzin, ten fakt musiał budzić swego rodzaju radość. Przeczesał włosy palcami i poczuł się nagle dziwnie żałośnie.
Cholera, był pierwszy dzień nowego roku, a on siedział w pustym barze, nad równie pustym kuflem, i nie pamiętał, co robił przez ostatnią dobę. Jakie typowe, jakie żałośnie typowe.
Najbardziej jednak przerażał go fakt, że nawet nie był na siebie zły. Równie dobrze mógł w ogóle nie wstawać i w ogóle nie wychodzić. Pieniędzy po rodzicach wystarczyłoby mu do końca życia, choćby zamawiał co pięć minut najdroższą whisky i upijał się w nieskończoność do nieprzytomności. Kusząca perspektywa, ale to byłaby ucieczka. A on lubił żyć w złudzeniu, że nie ucieka.
Schował portfel do kieszeni spodni, które w ciągu dwóch tygodni zrobiły się nieco za luźne. Wnętrze Dziurawego Kotła było jasne. Promienie słońca połyskiwały w stojących na ladzie, nieumytych szklankach i pozłacanych popielniczkach. Drobinki kurzu unosiły się przy podłodze, zamiatane przez barmana. Przez krótką chwilę umysł Warrena wypełniał szelest witek miotły i postukiwanie wycieranych kieliszków.
Potarł czoło grzbietem dłoni i odwrócił się na pięcie, zarzucając płaszcz na ramię. Pchnął drzwi, w jego twarz uderzył lodowaty wiatr i wilgoć. Obejrzał się przez ramię na bar, dostrzegając unoszący się przy suficie bladobłękitny dym, i przez sekundę miał wrażenie, że stojąc w progu znajduje się między dwoma zatrzymanymi w czasie światami. Po jednej wnętrze, ciche i spokojne, opite alkoholem i tanimi perfumami, po drugiej lodowate powietrze, śnieg i wolność. Kolejny raz znalazł w sobie wystarczająco dużo siły, żeby nie zawrócić i nie siąść z powrotem przy stole. Zastanawiało go, ile jeszcze czasu upłynie, nim tej siły wreszcie zabraknie. No i co wtedy zrobi.
Zamknął za sobą drzwi, poganiany krzykiem barmana. Zszedł po dwóch schodkach, koncentrując się prawdopodobnie bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Początkowo sądził, że pada śnieg, ale to tylko kropelki topniejących lodowych sopli spadały z dachów. Powoli ruszył ulicą, rozglądając się bez zainteresowania.
Na chodniku stał dzieciak, na oko ośmioletni, wymachując plikiem gazet. Warren spojrzał na odzianego w powyciągany, czerwono-złoty sweter i pocerowane dżinsy chłopca i zamrugał. To była kolejna cholerna niesprawiedliwość, dla której gotowy był niemal wrócić do baru i ponownie się upić. Dzieciak patrzył na niego niebieskimi oczami człowieka dorosłego, świadomego, że od tego ile gazet sprzeda, zależy czy tego dnia będzie miał coś do jedzenia. Warren niemal machinalnie sięgnął do kieszeni i wyjął z niej galeona, po czym wcisnął dzieciakowi do ręki. Ten sięgnął do powycieranego, skórzanego portfela, chcąc zapewne wydać resztę. Warren zobaczył połyskujące w największej kieszeni dwie brązowe monety. Zabrał gazetę z pokrzykującym do rozochoconych tłumów Vantresem i odszedł, nie czekając na pieniądze. Zegar na jednym z większych budynków wskazywał piątą nad ranem. Warren głośno zastanowił się, jak to jest, że wskazówki rządowych czasomierzów wykonywane są ze złota, a ludzie na dworcach i w ciemnych zaułkach mrą z głodu. Wieszający wielki afisz z podobizną Vantresa mężczyzna obrzucił go pełnym rezerwy i politowania spojrzeniem, z czego Warren naturalnie nic sobie nie zrobił.
Sprzedawcy czyścili sklepowe witryny, kilka osób spieszyło do gmachu Ministerstwa. Warren zwinął nowo zakupioną gazetę w rulon i machał nią beztrosko, kierując się do jednej z podrzędnych kawiarni.
Odczekał swoje w wielometrowej kolejce do lady, niemal dusząc się zapachem perfum stojącej obok starszej damy. Za oknem zaczął padać deszcz.
Warren aportował się tuż przy bramie rezydencji, nie rozlewając ani kropli kawy. Pocieszony, pchnął ciężkie wrota i spacerowym krokiem ruszył w kierunku domu. Aurorzy jeszcze nie wrócili, kto wie, może mieli upojnego Sylwestra. Gałąź uschniętego jaśminu skrzypnęła głucho i spadła na ścieżkę. Warren minął ją bez śladu zainteresowania.
Pchnął drzwi i dystyngowanym krokiem ruszył do salonu. Ramy obrazu Albusa Dumbledore’a były puste. Zawsze ciekawiło go, po co matka tak się upierała, żeby ożywić malowidło wspomnieniami dyrektora, ale ona milczała ilekroć pytał. Opadł na kanapę, kładąc nogi w butach na podłokietniku, i zamknął oczy.

Był październik, wilgotny, słoneczny październik. Najgorszy miesiąc, jaki pamiętał.
Stał pośrodku korytarza, przeszukując torbę. Wyciągnął z niej poplamiony atramentem podręcznik do Transmutacji, zapisane drobnym pismem notatki z Eliksirów i na wpół skończony esej. Uczniowie w znakomitej większości wylegli na błonia, rozkoszując się ostatnimi promieniami słońca. Pamiętał, że przeklinał właśnie pod nosem nieszczelne buteleczki, kiedy usłyszał czyjeś głosy. Zmarszczył brwi i, wiedziony dziwnym przeczuciem, ruszył korytarzem w głąb zamku, w kierunku dyrektorskiego gabinetu. W pewnej chwili zatrzymał się przy skręcie w lewo i oparł plecami o ścianę, nasłuchując.
Usłyszał dwa głosy – rozpoznał je niemal natychmiast, pomimo drgających w przyciszonych tonach emocji. Zaryzykował jeszcze jeden krok i wyjrzał zza rogu.
Severus Snape opierał ręce na parapecie okna i patrzył przed siebie, jego twarz pozostawała bez wyrazu. Kilka metrów dalej, przy wejściu do gabinetu, stał Dumbledore. Był spokojny, opanowany. Warren pamiętał, że właśnie za to nienawidził go najbardziej. Za to cholerne, niepasujące do sytuacji opanowanie.
— Są rzeczy, na które nie mamy wpływu, Severusie — odezwał się Dumbledore, kręcąc młynka kciukami. Warren podejrzewał, że lepiej byłoby, gdyby dyrektor milczał. — Są rzeczy, których nie możemy uniknąć...
— Znów chciałeś, żebym zrobił to samo — przerwał mu Snape wypranym z emocji głosem. Sprawiał wrażenie bardziej zrezygnowanego niż wściekłego. — Tylko tym razem na twoje polecenie.
— Poświęcenie to jeden z elementów wojny, a poza tym jest szansa, że...
— Nie ma — uciął Snape beznamiętnie. — Wiesz, że nie ma.
— Severusie, proszę...
— Podjąłeś decyzję — odparł Snape, z jego twarzy znikło napięcie, zastąpione przez apatię. — Ja szanuję cię za to, że byłeś w stanie to zrobić — dodał jakby po namyśle. — On cię znienawidzi. Wiesz, do której ze stron będzie mu teraz bliżej.
— Wiem, Severusie — powiedział Dumbledore i w jego głosie pojawił się autentyczny smutek człowieka, który nie może niczego zmienić, nieważne jak bardzo by chciał. — Wiem, i bardzo chciałbym, żeby wszystko potoczyło się inaczej.
Mistrz Eliksirów nie odpowiedział, po prostu krótko skinął głową. Warren dostrzegł na jego bladej twarzy obojętny wyraz, nie obejmujący jednak chłodnych, utkwionych w dyrektorze oczu.
— Porozmawiam z Warrenem — oświadczył sucho.
Warren zamrugał i poczuł, jak żelazna klamra zaciska się na jego gardle.
Porozmawiam z Warrenem.
Porozmawiam z Warrenem.
Porozmawiam...
Odwrócił się i ruszył biegiem wzdłuż korytarza, nie dbając o to czy Mistrz Eliksirów go zauważy. Pędził przed siebie tak szybko, że z trudem chwytał oddech. Postacie z obrazów szeptały między sobą, szept urósł w uszach Warrena niemal do wrzasku. Zbiegł po schodach, chyba tylko cudem unikając spadnięcia z nich, przebiegł Salę Wejściową, omijając tonącą w blasku Wielką Salę. W drzwiach wpadł na Rosevelta („co...?!”) i w sekundę później znalazł się na zalanych słońcem błoniach.
Minął kilku uczniów, wołających go po imieniu, gdzieś po drodze natrafił na Leeann, powtarzającą Transmutację. Wykrzykując kilka nawet dla siebie niezrozumiałych słów, rzucił jej własną torbę, różdżkę chowając do kieszeni szaty. Czując bolesne kłucie w boku i ledwo oddychając, wpadł między drzewa Zakazanego Lasu. Zapominając o wszelkich zasadach, prawach i poradach, deportował się niemalże w biegu.
Nigdy wcześniej ani nigdy później nie bał się tak bardzo jak wtedy, stojąc przed bramą własnego domu. Pchnął wrota i wyszarpnął różdżkę z kieszeni.
W ogrodzie panowała martwa cisza, przerywana jedynie cichym chlupotaniem wody w fontannie. Czując, jak jego ramiona pokrywa gęsia skórka, Warren ruszył ścieżką, rozglądając się wokoło. Kilka konarów drzew było złamanych, niektóre wciąż się tliły. Budynek wyglądał strasznie, przerażająco, a jednocześnie zwyczajnie. Niedomknięte okiennice cicho skrzypiały, okna na parterze były pootwierane. Białe, świeżo wyprane firanki falowały, wydymane przez wiatr. Żwir chrzęścił przy każdym kroku.
Czując strużkę potu płynącą wzdłuż kręgosłupa, Warren przyspieszył. Niemal biegiem dotarł do schodków werandy i zatrzymał się nagle, chwytając balustrady. Czuł jej zimno pod palcami i ciepłe promienie słońca na plecach, nic więcej.
Miała na sobie białą sukienkę do kolan i rozpinany, bladoróżowy sweter. Obok, na schodkach, leżały rozsypane niezapominajki. Nie był w stanie oderwać wzroku od pomiętych, niebieskich płatków. Zamknął oczy i ukląkł, wyciągając rękę.
Odgarnął włosy z czoła matki i dotknął jej policzka. Był chłodny. Niebieskie oczy, patrzące bez wyrazu w niebo, przypominały połyskujące drogie kamienie. Czerwone usta, wciąż uśmiechnięte, kojarzyły się z płatkami róż rosnących przy ogrodzeniu. Wyciągnął rękę i zamknął powieki matki, ostatni raz dotykając jasnych, miękkich włosów i przypominając sobie jak w dzieciństwie wplatał w nie palce.

Klęczał w milczeniu, zaciskając dłonie w pięści, czując jak łzy płyną mu po policzkach i spadają na białą sukienkę matki. Chciał bardzo przypomnieć sobie którąś z francuskich kołysanek, zasłyszanych od rodziców w dzieciństwie, ale nie potrafił. Nie pamiętał nawet melodii.
Kiedy wreszcie się podniósł i z trudem zaczerpnął głęboki oddech, wiedział już, jak postąpi. Wiedział, że nigdy, przenigdy nie zdoła walczyć w imię tego, za co zginęła – czy raczej za co została poświęcona – jego matka. Nie był w stanie wybaczyć dyrektorowi, że potrafił na zimno przekalkulować czyje życie jest ważniejsze.
Pozostawała tylko jedna opcja i Warren wtedy naprawdę wierzył, że była najlepsza, jedyna. Wierzył, dopóki pewnego dnia nie zdał sobie sprawy, że znów udało mu się popełnić beznadziejny błąd.

Jeszcze tamtego wieczora Snape wezwał go do swojego gabinetu. Warren wiedział już wtedy, że to Mistrz Eliksirów na polecenie Dumbledore’a zdradził miejsce położenia Last Hill sługom Voldemorta, tym, którzy pomimo jego odejścia wciąż usiłowali wypełniać rozkazy, ale nie robiło to na nim najmniejszego wrażenia. Wiedział, że oni wszyscy byli tylko pionkami w rękach dwóch najlepszych czarodziejów epoki.
Kiedy wszedł do gabinetu, Snape siedział za swoim biurkiem, pogrążony w sprawdzaniu esejów. Warren odchrząknął cicho, na co Mistrz Eliksirów bez słowa wskazał mu krzesło. W pomieszczeniu panował półmrok, rozświetlany tylko przez kilka stojących na biurku świec. Snape zebrał eseje, ułożył je starannie i wyrównał stosik do krawędzi biurka, po czym splótł dłonie na blacie, obdarzając Warrena badawczym spojrzeniem.
Warren, który nie spodziewał się pogadanki o samopoczuciu, ani kondolencji, nie poczuł się zaskoczony, gdy takowych nie otrzymał.
— Ludzie mają tendencję do obwiniania się za coś, na co nie mają wpływu — odezwał się po długiej ciszy Snape. — Twoja matka zginęła i to nie jest twoją winą. Nie mogłeś niczego zmienić, niczego odwrócić. Niczego.
Warren rozumiał doskonale, że nie miał wpływu na śmierć matki, ale to nie zmieniało — nie mogło zmienić — jego uczuć. W głębi serca wciąż i od nowa zastanawiał się, czy gdyby przybył kilka minut wcześniej...
— Słyszałem pana rozmowę z dyrektorem, profesorze — powiedział bezbarwnym tonem, nie zważając na to, że może spotkać go reprymenda czy kara. Właściwie nie zważał już na nic. Snape spojrzał na niego swoimi dziwnie pustymi, czarnymi oczami, a Warren przypomniał sobie jego słowa: „Znów chciałeś, żebym zrobił to samo. Tylko tym razem na twoje polecenie.”
— Warren, to nie twoja wina — powtórzył znowu Snape pozornie beznamiętnie, ale przedostatnie słowo zabrzmiało dziwnie gorzko w jego ustach.
— Wiem, profesorze.
Warren opuścił gabinet, nie oglądając się za siebie. Może gdyby to zrobił, może gdyby choć raz zastanowił się nad tym, jaką drogę przebył Snape, żeby oszukać Voldemorta, nie poszedłby tą konkretną ścieżką.
Może, ale to już nie miało znaczenia, już nie.

Obudził się bez bólu głowy. Zaczarowana zastawa na stoliku podjęła mozolną wędrówkę, ale Warren nie zwracał na nią uwagi.
Podniósł się i przeciągnął, po czym ruszył w kierunku łazienki, zabierając ze sobą porzuconą na kuchennym stole szczoteczkę do zębów.
Kiedy był w stanie racjonalnie i w miarę przytomnie myśleć, przygotował sobie nowe kanapki składające się z resztek wszystkiego, co pozostało w lodówce i zaparzył herbatę. Susząc włosy ręcznikiem, spożywał przygotowany posiłek, zapominając nawet o wypaleniu papierosa.
Zegar tykał głośno, ale nie głośniej niż krzyczały za oknem kruki, zaciekle walczące o leżącą na parapecie skórkę od chleba. Wybiła siedemnasta i Warren zabrał płaszcz, wcześniej niedbale rzucony na fotel, i przewiązał na szyi szalik. Włożył ręce do kieszeni, schował do nich również różdżkę i najbardziej zdatny do użytku portfel, i wyszedł z mieszkania. Schodząc po schodkach werandy unikał dotykania oblodzonej, zimnej balustrady.
Było dokładnie trzynaście po siedemnastej, kiedy pchnął drzwi kawiarni nieopodal King Cross. Wybór był dobry, pomyślał z uznaniem, we wnętrzu kłębiło się wielu ludzi, żaden nie wyglądał na aurora. Obrzucił uważnym spojrzeniem identyczne stoliki o kwadratowych blatach i drewniane krzesła, bladoróżowe ściany i wzorzyste firanki zawieszone w oknach. Wszystko było do bólu normalne, zwyczajne i bezpieczne, nawet unoszący się w powietrzu zapach kawy.
Rozejrzał się powoli i natrafił spojrzeniem na Leeann. Podszedł do stolika i bez słowa zawiesił płaszcz na oparciu krzesła, po czym usiadł. Leeann była blada i wyraźnie zdenerwowana, co stanowiło swoisty unikat. Jej dłonie, zaciśnięte na filiżance z grubej porcelany, drżały dostrzegalnie.
— Spóźniłeś się — powiedziała sucho, mocniej zaciskając palce.
— Przykro mi — odparł bez cienia skruchy. Podszedł kelner, więc Leeann nie odpowiedziała na nieszczere przeprosiny, a Warren zamówił kawę bez cukru i bez mleka. — Więc, o co chodzi?
Leeann zagryzła wargi, najwyraźniej nie wiedząc, od czego zacząć. Nieświadomie postukiwała palcami o blat stołu. Warren uśmiechnął się kącikiem warg, bez trudu rozpoznając ten gest.
— Mam problem — powiedziała i zawahała się. — Mamy. Mamy problem.
— Och, jeszcze jeden? — zdziwił się uprzejmie Warren. — Zresztą, im ich więcej, tym weselej.
— Ktoś się włamał do mojego mieszkania — zaczęła Leeann, ignorując jego uwagę. — Był tam, kiedy się obudziłam. Goniłam go, ale uciekł i...
— Co zabrał? — przerwał Warren, czując, że może jednak popełnił błąd nie zostając w Dziurawym Kotle i nie upijając się do nieprzytomności.
— Nic. To znaczy zabrał... — urwała, pocierając palcami nasadę nosa. — Niech to szlag, Warren... Zaczarował listy.
— Listy.
Powtórka z rozrywki, pomyślał w duchu, przypominając sobie Anabell. Ukrył twarz w dłoniach i westchnął cicho, po czym spojrzał za okno, na czyszczącego szyby mężczyznę.
— Wiesz, prawda?
Warren skinął tylko głową.
— Nie można ich teraz zniszczyć, nie? — zapytał, wiedząc, że to po części bezsensowne. Skoro Leeann pofatygowała się do kawiarni i marnowała na niego swój cenny czas, coś musiało być na rzeczy.
— Nie. To Zaklęcie Georvina, wymyślone jeszcze w średniowieczu. Można je zdjąć tylko zmuszając tego, kto je rzucił, do wypowiedzenia przeciwzaklęcia, lub... — urwała — lub go zabijając.
Warren skinął tylko głową. Już czuł, że pokocha rok 1999.
— To Vantres — powiedział w końcu, pocierając palcami wskazującymi skronie. — Mści się.
Leeann nie odpowiedziała. Nie musiała, oboje wiedzieli, że Warren ma rację. Przez długą chwilę panowała cisza. Warren otrzymał swoją kawę i zamieszał ją, po czym odłożył łyżeczkę na spodeczek.
— Co teraz, Warren? — odezwała się w końcu Leeann. — Gdy Vantres zostanie Ministrem Magii...
— Jak długo będziesz w stanie ukrywać listy? — przerwał jej, splatając palce na blacie.
— Nie wiem — zawahała się. — Krótko, ale... Och, może kilka miesięcy, jeżeli Minerwa mi pomoże.
— Dobrze.
Dobrze?! Co rozumiesz przez „dobrze”?
— Znajdę tego człowieka — odparł Warren, jakby była to najprostsza rzecz pod słońcem.
— Znajdziesz? — parsknęła. — Jak niby? Przeszukasz cały świat, Warren?
— Znajdę — powtórzył. — Jak, to już nie twój problem.
— Warren, do cholery! Ja nawet nie wiem jak on wyglądał, kim był! Nie znam nawet jego imienia!
— Ale Vantres je zna — odparł ze wzruszeniem ramion Warren. — Dowiedz się jeszcze czegoś o tym zaklęciu. Skontaktuję się z tobą. — Ponownie wyjrzał przez okno, deszcz znów zaczął padać. Facet od szyb przeklinał pod nosem, patrząc jak szarobure krople niszczą jego pracę. — Znajdę go.
Kiedy bez słowa podniósł się z miejsca i zabrał swój płaszcz, a następnie opuścił kawiarnię, pomyślał, że to w gruncie rzeczy prawda. Znajdzie tego człowieka, choćby i na cholernym końcu świata. Już raz pozwolił się szantażować.
W końcu podjął decyzję, że nie rozpocznie roku 1999 od upicia się do nieprzytomności, więc równie dobrze mógł zrobić coś kompletnie przeciwnego. Idąc w kierunku Ministerstwa Magii, Warren czuł się trzeźwy jak jeszcze nigdy w życiu.



komentarze [9]

Rozdział XI
środa, 7 maja 2008


Otóż tak, to znowu ja!
Tym razem (dużo) dłużej. Bety brak, więc błędów pewnie niemało. Za każdy wytknięty z góry dziękuję.
Z dedykacją dla Marudki za bardzo skuteczne choć chyba nieświadome (?) zmotywowanie mnie do napisania tego tam, poniżej.

Rozdział XI

Chodniki tonęły w błocie i pomieszanym ze śniegiem deszczu. Bezpańskie psy krążyły wśród ociekających wodą bloków, szturchając mokrymi nosami blaszane pojemniki na śmieci.
Wystrojone kobiety z obojętnymi minami przemierzały długie sklepowe ulice, zaglądając do właściwych swojemu statusowi majątkowemu galerii handlowych w poszukiwaniu eleganckich kreacji. Mężczyźni nerwowo spoglądali na błyszczące Rolexy – czy raczej, w przypadku ponurej większości, na ich znacznie tańsze podróbki – i przyspieszali kroku, bądź naciskali mocniej pedał gazu. Pośrodku chodnika stał dzieciak z wielkim lizakiem w kształcie trójwymiarowego koguta i szeroko otwartymi, nieprzytomnymi oczami wpatrywał się w reklamę nowych wyścigowych samochodzików.
Ostatni dzień roku 1998 upływał w atmosferze pośpiechu, pokrzykiwań i nerwowych przygotowań. Wszyscy wieczory mieli już zaplanowane, wybrano szampany, ułożono spisy dań. Rok żegnano, jak zwykle, z cichym zawodem – w przypadku tych, których marzenia znów się nie spełniły – lub z szerokim uśmiechem i nadzieją. Bez względu na to, do której z grup się należało, oczekiwano, że nadchodzące miesiące będą jeszcze lepsze.
Powoli rozwiewała się w sercach atmosfera Świąt Bożego Narodzenia, zapominano o pustych miejscach przy stole i nietkniętych nakryciach, by po trwającej do rana sylwestrowej zabawie znów pogrążyć się w leczącej smutki rutynie.
Dopiero po wypiciu kieliszka mocnego szampana i kilkunastu kolorowych drinków z palemkami, co bardziej spostrzegawczy dostrzegali, jak sami nakręcają spiralę własnego lęku przed rzeczywistością i przyszłością. Więc pili więcej, by zapomnieć, zgubić wspomnienia i na krótką chwilę nie czuć niczego, zupełnie niczego. Uciekali coraz dalej od samych siebie, łudząc się, że kiedyś uda im się to zupełnie.

Przez okno niedostrzegalnej dla mugoli willi patrzyła na spieszących ulicami niezbyt wysoka dziewczyna. Nawijała na wskazujący palec kosmyk brązowych włosów i nuciła pod nosem jedną ze starych, czarodziejskich kołysanek. Przez chmury przedzierały się z trudem jasne promienie słońca i, poszatkowane przez gęsto haftowaną firankę, wędrowały po bladoniebieskich ścianach pokoju. Twarz dziewczyny ukryta była w cieniu, tylko na białą jak śnieg, opartą na parapecie dłoń padało światło i błyskało wesoło na starannie pomalowanych przezroczystym lakierem, połamanych paznokciach.
Odziedziczone po przodkach ojca – arystokratach o dumnym nazwisku Lavrence – zimne, inteligentne oczy drgnęły i Keighley odwróciła się od okna, słysząc ciche kroki.
Jej gesty były bardziej intuicyjne i wyuczone niż przemyślane, kiedy zgrabnym ruchem zahaczyła stopą o niskie krzesełko i przeciągnęła je do lustra, po czym usiadła na nim i sięgnęła po szczotkę.
Gdy drzwi otworzyły się niemal bezgłośnie – niemal, bo pchnęły drogi dywan, który z cichym szmerem przesunął się po podłodze – Keighley czesała spokojnie włosy, wyglądając tak, jakby w ogóle nie ruszała się sprzed lustra.
Do środka weszła wysoka, ubrana w ciemnogranatową suknię kobieta. Twarz matki nie wyrażała nigdy wielu uczuć, ale obecnie gościł na niej łagodny uśmiech. Jej ramiona, otulone aksamitnym szalem, pokrywała gęsia skórka. Podeszła do córki i delikatnie wyjęła szczotkę z jej ręki, po czym odłożyła ją na półeczkę, zajętą w większości przez perfumy w ozdobnych, różnokształtnych buteleczkach, mieniących się wszystkimi kolorami tęczy.
- Keigley, dzisiaj wieczorem idziemy do państwa Willingstonów – poinformowała suchym głosem Janette Frances Lavrence, córka jednej z najlepszych mówczyń walki o równouprawnienie czarodziejów i czarownic. – Chciałabym, żebyś wyglądała jak najpiękniej.
Tylko niewyobrażalnym wysiłkiem woli Keighley zmusiła się do utrzymania na ustach uśmiechu. Wiedziała, naturalnie, dokąd się wybierają już wcześniej, ale wciąż budziło w niej to graniczący z obrzydzeniem niepokój. Była zaręczona z Ludwigiem Willingstonem od przeszło półtora roku i wciąż nie potrafiła pogodzić się z tą myślą.
Nie takiego narzeczonego widziała w naiwnych, dziewczęcych marzeniach, zupełnie nie takiego. Jej Książę z Bajki był szczupłym, przystojnym mężczyzną o osmaganej wiatrem twarzy i ciemnych oczach, w których można by utonąć.
Ludwig zdawał się być kompletnym przeciwieństwem owego dziecięcego urojenia ze swoimi krótkimi, na czole lepkimi od potu włosami nieokreślonego koloru, niebieskozielonymi oczami i oślepiająco białymi zębami, którymi, tego Keighley była dziwnie pewna, w dniu ślubu przyćmi jej suknię. Przynajmniej był od niej nieco wyższy i w miarę szczupły, chociaż do sylwetki Księcia z Bajki z pewnością było mu daleko.
Keighley pewnie byłaby w stanie go pokochać i oślepnąć na nieszczególnie pociągający wygląd, gdyby tylko Ludwig cokolwiek sobą reprezentował. O czym jednak mogła rozmawiać z młodzieńcem, który książki uważał za stratę czasu, a o jej ukochanym Szekspirze „a owszem, coś tam słyszał”? Nie miała wspólnych tematów z zakochanym w sportach, choć żadnego nie uprawiającym, zadufanym w sobie i spędzającym godziny przed lustrem, niezdolnym do rozpoczęcia pogawędki narzeczonym.
A już prawdziwą obrazą i przysłowiowym gwoździem do trumny był fakt, że przyszły mąż nosił imię najwspanialszego w mniemaniu Keighley kompozytora wszechczasów i nawet o tym nie wiedział.
- Oczywiście, mamo – powiedziała głosem tak pewnym, że sama poczuła się zaskoczona. – Nie zawiodę twoich oczekiwań.
Ani oczekiwań taty, dodała w myślach. Zobaczyła jeszcze w lustrze, jak Janette uśmiecha się pogodnie i dostojnym krokiem opuszcza pokój, nim zsunęła się z krzesła i usiadła na miękkim dywanie, podciągając kolana pod brodę. Nie płakała, była już za duża na łzy, ale jej ciałem wstrząsały dreszcze.
Ojciec odszedł na zawsze, gdy miała dziesięć lat. Wypadek przy pracy, jak z łagodnymi spojrzeniami „rozumiemy panią i serdecznie współczujemy, chociaż w gruncie rzeczy niewiele nas to obchodzi” poinformowali ją Niewymowni z Ministerstwa. Keighley oczywiście wiedziała, jak niebezpieczna była praca ojca, ale aż do tamtego dnia naprawdę tego nie doceniała. Pamiętała, że odebrała od wysokich mężczyzn pudełko z rzeczami – kilka ozdobnych ramek, dwie nawet z jej zdjęciami, ładne pióro, które podarowała mu na pięćdziesiąte urodziny, notes w skórzanej oprawie i elegancka, pozłacana zapalniczka – i podziękowała za informacje, słysząc własne słowa jak przez watę. Potem zamknęła starannie drzwi i oparła o nie czoło, jej ciałem wstrząsnął szloch, z chwili na chwilę głośniejszy. Odwróciła się i zachwiała, niewiele widząc przez łzy. Usłyszała tupot małych nóżek i uklękła, czując jak w jej włosy wplatają się krótkie palce brata, wsłuchując się w oszalałe bicie jego niewielkiego serduszka i rozdzierający serce płacz. Żadne z nich nie odezwało się słowem, usiłując ukoić żal i gorzkie poczucie nierzeczywistości, które niesie ze sobą strata bliskiego. Will usnął niedługo później na kanapie, zmęczony szlochem. Oparł główkę na jej kolanach i po dziecinnemu ssał kciuk. Siedziała nieruchomo, wpatrując się w przygasający ogień na kominku, i gładziła jego miękkie, kręcone włosy. Później wróciła mama i wzięła Willa na ręce, po czym zaniosła go do pokoju. Jej zwykle elegancko upięte włosy były potargane, makijaż nieco rozmazany. Wróciwszy do salonu, objęła córkę i pozwoliła jej płakać, sama nie powstrzymując łez.
Do niedawna Keighley wciąż zdarzało się znajdować matkę siedzącą w bezruchu w gabinecie ojca i oglądającą stare fotografie. Dopiero teraz, gdy przeprowadziły się do wujka, Janette najwyraźniej postanowiła zostawić przeszłość za sobą. Keighley rozumiała to aż nazbyt dobrze, ale sama nie zamierzała podążać tą drogą.
Ojciec był człowiekiem, którym ona sama kiedyś chciałaby się stać. Wśród wszystkich zasad etykiety, konwenansów i moralnego dziedzictwa, Antony Lavrence zdołał pozostać sobą i nie zgubić marzeń. W głębi serca do końca pozostał dzieckiem, zakochanym w Rzymskiej kulturze i dziełach Juliusza Cezara, słuchającym nieco staromodnej muzyki i uśmiechającym się nie tylko ustami, jak czynili to współcześni arystokraci o zawsze chłodnych oczach.
Keighley podniosła głowę i uśmiechnęła się do stojącej na komodzie czarno-białej, nieruchomej fotografii. I może było to tylko wywołane odbiciem słońca złudzenie, ale miała wrażenie, że ojciec odpowiedział jej swoim szerokim, wiecznie chłopięcym uśmiechem.

*

Warren siedział na parapecie i wypalał drugiego już tego słonecznego poranka papierosa. Kuchnię wypełniało światło, odbijające się od posrebrzanej zastawy, od wielu miesięcy nieruchomo stojącej na stole. Z grubej zasłony wysunął się niepewnie tłusty pająk i na krótkich nóżkach przebiegł pomieszczenie w poprzek. Warren rzucił mu obojętne spojrzenie, a potem wrócił do obserwowania kręcących się tuż za granicami posesji mężczyzn, zapewne absolutnie przekonanych o własnej niezauważalności. Rozpoznał w nich pracowników Ministerstwa i niewymownie ciekawiło go, co zrobią, kiedy już zdecyduje się podnieść i uświadomić ich, że pomimo starań nie stali się niewidzialni. Strzepnął popiół na ziemię i przeciągnął się, wrzucając niedopałek do popielniczki. Mroczny Znak na przedramieniu wyglądał tego ranka jak zwykły tatuaż – może i należący do dziwaka, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwy – i Warren poczuł się tym widokiem pocieszony. Wstał z parapetu i ruszył do jadalni, w drodze zapinając białą koszulę. Sięgnął po wczorajszą kanapkę – chleb sczerstwiał – i bezceremonialnie wepchnął ją sobie do ust. Popił jakimś mugolskim świństwem, zakupionym na stacji benzynowej, i otarł usta grzbietem dłoni.
Właściwie nie planował ruszać się z domu, spędzanie dnia wśród tonących w atmosferze gorących przygotowań do Sylwestra londyńczyków na pewno nie plasowało się na pierwszym miejscu jego listy „to lubię robić w czwartkowe popołudnia”, ale skoro i tak miał zamiar przekonać się, co za jego płotem robią aurorzy, to równie dobrze mógł przejść się do gmachu Ministerstwa. Schował raport do eleganckiej teczki, z trudem powstrzymując się od wybuchnięcia na jej widok histerycznym śmiechem – tego pięknego zimowego dnia nawet przeklęta teczka wyglądała lepiej od tego, jak on się czuł - i zarzucił na ramiona płaszcz. Notując w myślach, że musi dokupić więcej świństwa ze stacji benzynowej, rozpoczął poszukiwanie adidasów.
Spojrzał w lustro, uśmiechając się do własnego, wyglądającego jak trzy ćwierci do śmierci odbicia o bladej cerze i podkrążonych oczach, wybitnie świadczących o nadmiarze nikotyny i niewydzielaniu przez organizm wystarczających ilości melatoniny.
Chwilę zajęło mu odnalezienie w przepastnych kieszeniach klucza, kolejną chwilę zwalczenie bólu głowy i trafienie do zamka. Lodowate powietrze uderzyło go w twarz, dobitnie przypominając o obowiązującej porze roku. Na bujanym fotelu zgromadził się śnieg i Warren zmrużył oczy, jakby w nadziei, że biały puch spanikuje i zniknie. Kiedy nic takiego – bo jakże by inaczej – się nie stało, jeszcze bardziej zirytowany przeskoczył stopnie prowadzące na werandę i nieomal poślizgnął się na oblodzonej ścieżce. Klnąc gorzej niż potrafiłby szewc, ruszył przed siebie. Minął idiotyczną fontannę, kolejny raz obiecując sobie, że w nadchodzące lato raz na zawsze się jej pozbędzie, i podszedł do bramy. Pchnął wrota, po czym, niemalże nie poruszając głową, starannie zlustrował wzrokiem okolicę. Koledzy szpiedzy naturalnie byli nieopodal, zakamuflowani jak bordowy smok na śniegu. Warren spacerowym krokiem ruszył w ich kierunku, wsłuchując się w głośne oddechy.
Nim któryś z aurorów zdążył pomyśleć, że zostali zdemaskowani, Warren celował w dowódcę różdżką.
— Nie nudzi się wam to, koledzy? – zapytał, przeciągając sylaby ostatniego słowa. — Bo mnie zaczyna.
Rozległ się jednoczesny trzask, towarzyszący deportacji, i Warren uśmiechnął się szeroko do siebie, chowając różdżkę do kieszeni.
— A szkoda — mruknął pod nosem z zawodem. — Porzucałbym sobie zaklęciami.

Krokiem, którym idzie się na przechadzkę z psidwakiem, Warren przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym deportował się z cichym pyknięciem.


Opuściwszy gabinet Ministra, pozwolił sobie na odwiedzenie przełożonego i poinformowanie go o wzięciu urlopu bieżącego dnia. Nie zważając na uwagi na temat własnej bezczelności, arogancji i migania się od pracy, uśmiechnął się szeroko do siedzącego za biurkiem, krzepkiego staruszka z monoklem i zbyt mądrym jak na standardy Warrena spojrzeniem, i opuścił elegancki, zatrzymany gdzieś w epoce średniowiecza gabinet.
W znacznie lepszym humorze – może ze względu na ustępujący powoli ból głowy, a może z powodu perspektywy spędzenia dnia z daleka od własnej, ponurej rezydencji – opuścił gmach Ministerstwa i ruszył w kierunku zapchanej i gwarnej ulicy Pokątnej.

Sklep Madame Malkin był tak zatłoczony, że Warren zastanawiał się poważnie nad przypadającą na każdą z klientek ilością tlenu. Esy i Floresy cieszyły się umiarkowanym zainteresowaniem świeżo upieczonych gospodyń, poszukujących ostatnich wskazówek w książkach z przepisami.
W Magicznej Menażerii kilku rodziców najwyraźniej postanowiło na Nowy Rok podarować dzieciakom lekcję odpowiedzialności pod postacią rozmaitych kotów, szczurów i sów.
W Zaczarowanej Drogerii Litmeriera trzech zatroskanych jeszcze-kawalerów oglądało złote i srebrne pierścionki zaręczynowe. Przechodząc obok witryny tego sklepu, Warren znacznie przyspieszył kroku.
Zaczął padać śnieg, co rozważniejsi londyńczycy sięgnęli po parasole. Warren, przeklinając wpadające za kołnierz, lodowato zimne płatki, po raz kolejny zmuszony był przyznać, że do takowych nie należy. Szurając butami, przedostał się na suchszy pas chodnika i sięgnął do kieszeni płaszcza w poszukiwaniu zapalniczki. Chroniąc dłońmi chybotliwy płomień, zapalił papierosa i zaciągnął się. Płatki śniegu wirowały na wietrze, niektóre opadały na spadziste dachy, inne ozdabiały wysokie, błyszczące wszystkimi kolorami tęczy choinki. Warren przez chwilę jak zahipnotyzowany patrzył na gnany wiatrem po trawie i chodnikach puch, myślami będąc kilometry od Pokątnej i Londynu.
Ciekawe, czy Anabell dała dzieciakom prezenty, które wysłał sową? Czy może wieczorem, kiedy niewielki dom na obrzeżach miasta wypełniła cisza, kobieta usiadła przy kominku i pozwoliła ogniowi strawić nierozpakowane podarunki? Nie wiedział i zdawał sobie sprawę, że się nie dowie.
Czy Leigh płakała, tęskniła za ojcem? Jakaś część jego serca chciałaby, żeby tak właśnie było, choć druga życzyła dzieciakom z całego serca, żeby o nim zapomniały. Tak było lepiej dla nich, dla Anabell, dla wszystkich.
Prócz niego, ale to chyba nieszczególnie się liczyło.
Otrząsnął się z zamyślenia, kiedy ktoś go potrącił i uderzył ciężką siatką. Zamrugał, z trudem przypominając sobie, kim jest i gdzie się znajduje. Gdy już sobie przypomniał, uznał to za wystarczający powód, żeby skierować się do opustoszałego Dziurawego Kotła.


Siedząc w barze i sącząc herbatę z rumem, niewidzącym wzrokiem patrzył przed siebie. Przemoknięte nogawki spodni nieprzyjemnie ocierały się o nogi, kolana zdrętwiały. Wystukiwał palcami znany tylko sobie rytm.
Barman kręcił się między stolikami, zagadując klientów i informując o zniżkach, do niego jednak nie podszedł i Warren czuł się za to wdzięczny. Nie wiedział, co zrobiłby, gdyby zmuszony był komuś tłumaczyć, jak bardzo nie chce rozmawiać.

*

Leeann wysiadła z pociągu, ściskając rączkę eleganckiej walizki. Powietrze w Hogsmeade pachniało trochę nawilgniętym igliwiem, trochę świątecznymi ciastami. Opuściła peron i spacerowym krokiem ruszyła główną ulicą, rozglądając się wokoło z igrającym na ustach uśmiechem. Tutaj, w atmosferze nerwowych przygotowań do hucznej zabawy i poświątecznych porządkach, można było zgubić siebie, własne problemy i myśli. Magia czarodziejskiej wioski zamieniała dorosłych ludzi w dzieci, poważnych w rozbawionych, cichych w roześmianych. Pozwalała wrócić do lepszej przeszłości, na kilka króciutkich chwil znów stać się uczniem, z wypiekami na twarzy biegającym między sklepami.
Leeann wolną ręką przeczesała splątane włosy i poprawiła szalik, po czym skierowała się do Trzech Mioteł. Już z odległości kilkudziesięciu metrów dostrzegało się niewysoką gospodę, rozświetloną ciepłym blaskiem, wypadającym przez przeszklone, duże okna. Pchnęła drewniane drzwi i weszła do środka, otrzepując płaszcz ze śniegu. Przytulne wnętrze znów na krótką chwilę ożywiło wspomnienia, tak jak i drewniane stoliki, nad którymi wisiały równo przycięte gałązki jemioły. Ich zapach unosił się w sali, wywołując uśmiechy na twarzach klienteli. Leeann rozplątała szalik i zawiesiła go sobie luźno na szyi, srebrne nitki dotykały podłogi.
Rozejrzała się pozornie obojętnie, nie dostrzegając jednak nikogo, kto sprawiałby wrażenie podejrzanego. Może to była mania prześladowcza, może, ale Leeann nie zwykła lekceważyć przeczuć, które teraz nakazywały chronić trzymane w wewnętrznej kieszeni płaszcza listy.
Podeszła do baru i usiadła na wysokim krześle, zdejmując cienkie, skórzane rękawiczki. Spojrzenie siedzącego obok mężczyzny – najpewniej któregoś z nieznanych jej nauczycieli – przesunęło się po dostrzegalnych mimo maskujących zaklęć bliznach. Leeann rzuciła czarodziejowi najbardziej chłodne i odpychające spojrzenie, na jakie mogła się zdobyć, i uśmiechnęła się szeroko do barmanki.
Była to kobieta średniego wzrostu i nieco przy kości, ale o ślicznym uśmiechu prezentującym idealnie proste zęby i ciepłym spojrzeniu brązowych oczu. Mogła mieć najwyżej trzydzieści pięć lat, ciemne, długie włosy opadały w lokach aż do łopatek, niesforne kosmyki kobieta co chwilę zagarniała palcami za ucho.
- Co podać? – zapytała łagodnym głosem, kojarzącym się Leeann z przedszkolanką czytającą dzieciom bajki. Uśmiechnęła się mimowolnie.
- Herbatę – poprosiła, splatając palce na blacie. Kobieta skinęła głową i zajęła się realizacją zamówienia, podczas gdy Leeann wyjęła z kieszeni galeona i obracała go, przyglądając się jak złoto migota w blasku unoszących się przy suficie lampionów.
Teraz, kiedy listy były względnie bezpieczne, poczuła zmęczenie. Przez ostatnie noce niemal nie spała, budząc się przy najcichszym szmerze. Następnego dnia miała spotkać się z Warrenem i ta perspektywa nieco podniosła ją na duchu - nareszcie będzie mogła z kimś podzielić się problemem.
Postanowiła jak najszybciej przeszukać szkolną bibliotekę, a jeśli zajdzie potrzeba i nie będzie innego wyjścia, poprosić o pomoc dyrektorkę. Była to jednak opcja ostateczna i Leeann miała szczerą nadzieję, że nie będzie musiała z niej skorzystać.
Zdawała sobie sprawę, że niedoszłego złodzieja muszą znaleźć jak najszybciej, jednak teraz sprawą niemal równej wagi wydawała się zemsta na Culbercie. Musiała wszystko dokładnie przemyśleć, nie miała zamiaru niczym Gryfon rzucać się do walki z nieznanym wrogiem. Tyle że luty, a co za tym idzie - wybory - raczej się zbliżały niż oddalały i Leeann zdawała sobie sprawę, że kiedy Vantres wreszcie zostanie Ministrem – fakt, że tak się stanie, nie pozostawiał już cienia złudzeń – czas przyspieszy jeszcze bardziej. Nie wiedziała, jak długo zdoła powstrzymywać Vantresa od odebrania jej listów, ale czuła, że nie powinna grać na zwłokę.
- Sześć knutów – powiedziała barmanka, podając jej dużą filiżankę na spodeczku i łyżeczkę. Leeann odebrała ją bez słowa, kładąc na ladzie odliczone monety.
Objęła palcami gorącą filiżankę i patrzyła przez chwilę na falującą powierzchnię herbaty, wdychając malinowy zapach. Na zewnątrz było jasno, a mimo to w Trzech Miotłach nie zgaszono lampionów. Znów zaczął padać śnieg, na szybach osiadały topniejące zaraz płatki, przy framudze mróz malował iskrzące w słońcu wzory. Przemieszała łyżeczką herbatę i upiła łyk, nie odrywając wzroku od okna.
W gruncie rzeczy bała się jutrzejszego spotkania, ostatnie przecież nie skończyło się najmilej, a i tym razem nie miała do przekazania dobrych wieści. Przygryzła wargę i otrząsnęła się z zamyślenia, rozglądając po pomieszczeniu.
Musiała zjawić się w Hogwarcie jeszcze przed początkiem zajęć, żeby przygotować własny gabinet i salę wykładów. Wydawało jej się nierzeczywiste, że od teraz oglądać będzie klasę zza wysokiej katedry. Wciąż pamiętała, jak wyglądał świat, gdy siedziało się w ławce.
Odsunęła na wpół opróżnioną filiżankę i zeskoczyła z krzesła, automatycznie poprawiając płaszcz i szalik. Podniosła walizkę i opuściła bar, wiatr trzasnął drzwiami tak silnie, że dama z obrazu fuknęła głośno.


Wielka Sala zza prezydialnego stołu wyglądała nawet wspanialej. Leeann, zgodnie z poleceniem dyrektorki, weszła bocznymi drzwiami i zajęła swoje miejsce. Niemal nic się nie zmieniło od tych dziesięciu lat, tylko uważniejsze oko dostrzegłoby drobne uszczerbki w tworzących ściany kamieniach – zapewne pozostałości po rozegranej tu bitwie.
Po zaczarowanym suficie płynęły leniwie białe chmury, spadające płatki śniegu wirowały w powietrzu, by ostatecznie stopnieć kilka metrów nad stołami.
Leeann spojrzała na pozłacany talerz, tak czysty, że niemal widziała w nim własne odbicie, i sięgnęła po sok dyniowy.
Kilku uczniów wymieniało między sobą uwagi i wskazywało ją palcami. Z pewnym roztargnieniem dostrzegła, że największy procent obecnych dzieciaków stanowiły te z zielonymi naszywkami na szacie. Zagryzła wargi. To było przecież do przewidzenia, rodzice młodych Ślizgonów w większości wspierali Czarnego Pana, a to nie było cenione we współczesnych czasach. Podczas gdy Krukoni, Puchoni i Gryfoni wymieniali się przyjaznymi skinięciami lub po prostu siadali wspólnie przy stole, Ślizgoni w milczeniu obserwowali ich z przeciwnego kąta sali. Outsiderzy, zawsze tak było. Nieufni, bo i dlaczego mieliby komukolwiek ufać, na jakiej podstawie? Przebiegli i sprytni, ale i lojalni. To oni mieli w Hogwarcie najtrudniej, zawsze oni.
Przyjrzała się nauczycielom. Znajomy z Trzech Mioteł okazał się być, a jakże by inaczej, nowym nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią. Leeann gotowa była się założyć, że nie zdołają się polubić.
Z toczącej się wokoło rozmowy wywnioskowała, że mężczyzna ma na imię Brian. Kto jak kto, ale konwersujący swobodnie z profesorem Flitwickiem czarodziej ani nie nadawał się według niej na nauczyciela Obrony, ani nie budził zaufania. Zamyśliła się, odruchowo poszukując listów, i dopiero, gdy po plecach przebiegł jej dreszcz niepokoju, przypomniała sobie, że schowała je wraz z płaszczem do walizki.
Splotła dłonie na podołku i ponownie rozejrzała się po Wielkiej Sali, nagle dostrzegając coś, co powinna była zauważyć dużo, dużo wcześniej.
Zbyt głośno odłożyła widelec, siedząca obok Sybilla spojrzała na nią z dezaprobatą, zapewne z trudem powstrzymując się od wygłoszenia jakiejś zjadliwej przepowiedni. Leeann nie zwróciła na nią uwagi.
Postanowiła zostać nauczycielką Eliksirów i zapomniała, że jej poprzednicy piastowali przy tym jeszcze jedno, wymagające nieco więcej wysiłku stanowisko.
Uczniowie skończyli obiad i zaczęli podnosić się z miejsc. Wielką Salę przygotowywano na wieczorną, sylwestrową ucztę. Leeann, ze splecionymi na stole dłońmi obserwując wychodzących całą grupą Ślizgonów, doszła do wniosku, że jej przyszli podopieczni raczej nie planują się zjawić.
Kiedy dyrektorka podniosła się z miejsca, Leeann również wstała i wyszła bocznymi drzwiami.
Na korytarzach panował nieprzyjemny chłód.
Skręciła właśnie do gabinetu dyrektorskiego, gdy dostrzegła Minerwę McGonagall, nieruchomo stojącą przy oknie. Niechętnie podeszła do kobiety.
Twarz niegdysiejszej nauczycielki Transmutacji zdobiła z każdym rokiem gęstsza siatka zmarszczek. Brązowe włosy, poprzeplatane pasmami siwizny, upięte były w ciasny kok z tyłu głowy.
- Myślałam, że wiesz – odezwała się dyrektorka niemal przepraszającym tonem.
Leeann, która spodziewała się raczej innego toku rozmowy, skrzyżowała ręce na piersiach i milczała.
- Jeżeli bardzo nie chcesz być Opiekunką Slytherinu, mianuję na to stanowisko kogoś innego.
- Nie trzeba, pani profesor – odparła spokojnie, z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że mówi szczerze. – To nie stanowi dla mnie problemu, tylko...
- Tylko nie lubisz, gdy decyzje podejmowane są za twoimi plecami – dopowiedziała Minerwa McGonagall, uśmiechając się ciepło. – To chyba wspólna cecha wszystkich z twojego domu.
Leeann spojrzała ponad ramieniem dyrektorki przez okno. Drzewa w Zakazanym Lesie gięły się przy silnych podmuchach zimowego wiatru.
- Tak, to chyba to – odparła wypranym z emocji głosem. McGonagall odwróciła się od okna i spojrzała na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Pójdę już.
- Uczta rozpoczyna się o osiemnastej – poinformowała ją jeszcze dyrektorka, a Leeann w odpowiedzi tylko skinęła głową. Na Merlina, przecież chodziła do tej szkoły siedem lat, a w miejscach takich jak to co jak co, ale godziny świątecznych uczt się nie zmieniały.

*

Wiatr świszczał ponuro w korytarzach więziennej twierdzy. Było ostatnie popołudnie roku 1998, ale niewielki procent znajdujących się wewnątrz ludzi to zauważyło, oczywiście założywszy optymistycznie, że wiedzieli jeszcze, co znaczy słowo „rok”. W Azkabanie czas bardzo szybko tracił znaczenie.
Krążący między celami, pechowi aurorzy, którzy mieli upojnego Sylwestra spędzić w towarzystwie niesprawnych psychicznie więźniów, z każdą godziną robili się coraz bardziej nerwowi.
Rosevelt przeciągnął się i wstał z prowizorycznego posłania. Zmierzył uważnym spojrzeniem korytarz, a kiedy nikt akurat nie przechodził, z trudem podciągnął się do okna.
Szczur wisiał jak wcześniej, może tylko nieco wilgotniejszy i bardziej cuchnący, ale nienaruszony.
Rosevelt zmarszczył brwi w ponurym grymasie i zeskoczył na ziemię.
Zasalutował przechodzącemu aurorowi, co tamten przyjął z bardzo wymownym uniesieniem brwi.
Rosevelt usiadł po turecku przy kratach i oparł ręce na kolanach, z filozoficznym wyrazem twarzy wpatrując się w tłustego szczura, siedzącego pośrodku korytarza.
Wyciągnął rękę i pstryknął, ale zwierzątko tylko poruszyło wąsami. Kto wie, może dostrzegło swojego ziomka wiszącego za ogon w oknie? A może było po prostu nieśmiałe, cóż.
Rosevelt sięgnął do miski z białą breją, szumnie nazwaną posiłkiem, i nabrał odrobinę na palec. Szczur zmierzył go pogardliwym spojrzeniem i ponownie poruszył wąsami.
- To jest nienormalne – westchnął boleśnie Rosevelt, patrząc jak zwierzątko prostuje się majestatycznie i odchodzi, wzgardziwszy obiadem.
Odbicie w kałuży zdawało się przyznawać mu rację, choć niekoniecznie mogło mieć na myśli zachowanie szczura.




komentarze [4]

Rozdział X
środa, 9 kwietnia 2008


Krótko. Bez bety. Czuję na dodatek, że mogłabym napisać ten rozdział lepiej, ale nie mam już siły nic zmieniać. Myślę, że wreszcie zaczyna się coś dziać.
Mam drobny problem: ostatnio zajęłam się przeglądaniem wszystkich notek i doszłam do wniosku, że styl pisania, którym posługiwałam się na początku, jest różny od tego, którym piszę teraz. Postanowiłam, że jak tylko znajdę czas, poprawię poprzednie rozdziały, niektóre fragmenty może napiszę od nowa. W fabule jednakże nic się nie zmieni, wydarzenia w poszczególnych częściach również pozostaną takie same, więc nie musicie wracać do starych rozdziałów.
Dedykacja dla tych, którzy jeszcze czasem tu zaglądają.

Rozdział X


Nad Londynem unosiły się ciemne chmury, odgradzające wysokie kamienice od bladych promieni słońca. Ulice zatłoczyły setki – jeśli nie tysiące – brudnych samochodów. Zdenerwowani kierowcy co i rusz spoglądali na zegarki i postukiwali palcami w kierownice. Szum co starszych silników stawał się niesłyszalny w nieustającym wyciu klaksonów, niecenzuralnych okrzykach i groźbach.
Z metra wciąż wypływał potok ubranych w eleganckie mundurki ludzi, w tłumie tonęły spieszące do szkół dzieciaki. Wszyscy z głowami uniesionymi wysoko, by dostrzec cokolwiek ponad tłumem, z ciemnymi słuchawkami w uszach.
Jakiś ubrany w skórzaną kurtkę motocyklista z zapałem kłócił się z kierowcą białego, leciutko zarysowanego cadillaca, blada kobieta ciągnęła za rękę opierającego się syna w kierunku monopolowego na rogu ulicy. Zabłąkany pies obwąchiwał jeden z większych kontenerów na szkło.
Kiedy czarodzieje, przemykający w cieniach straganowych daszków, nucili pod nosem najnowszy hit Magic Rain „Gdyby nie był czystej krwi...”, mugole podśpiewywali przebój Celine Dion. Ludzie z dwóch skrajnie różnych światów szli tymi samymi ulicami, nie zwracając na siebie najmniejszej uwagi. Nie ważne, jak odmienne były ich poglądy i opinie, w ten błotnisty, deszczowy poranek wszyscy zmoknięci Londyńczycy czuli się dokładnie tak samo.
Środkiem chodnika szła wysoka, jasnowłosa kobieta o trupio bladej twarzy. Pod niebieskimi oczami rysowały się ciemne cienie, spojrzenie można by określić jako raczej nieprzytomne. Czarny, wymięty płaszcz nie pasował zupełnie do kasztanowych półbutów, które natomiast nijak miały się do grubości śniegu i błota, leżącego przy drogach.
Kobieta zaciskała blade palce na brązowym, jednorazowym kubku, z którego unosił się zapach kiepskiej kawy z proszku.
Pchnęła obłażące z farby, ciężkie drzwi klatki schodowej. Jakiś naiwny z zapamiętaniem naciskał guzik przywołujący zepsutą windę, ale Leeann nie pofatygowała się, by poinformować go, jak bardzo bezsensowny jest to wysiłek.
Wspięła się po starych, brudnych schodach. Dłoń, ukrytą w kieszeni płaszcza, zacisnęła na różdżce.
Delikatnie przejechała palcami po nierównej powierzchni drzwi i pchnęła je ostrożnie. W jej twarz uderzył nagły powiew lodowatego powietrza.
W korytarzu unosiło się pierze i smród spalonego materiału.
Leeann rozejrzała się ostrożnie. Zawartość szaf leżała na dywanie, kieszenie płaszczy i spodni wywrócono na lewą stronę. Skrzywiła się nieznacznie.
— Albo spartaczyli robotę, albo w ogóle nie dbali o zacieranie śladów – mruknęła do siebie pod nosem.
Była przekonana, że włamywacz, który usiłował ukraść listy, nie był jedynym wizytatorem jej mieszkania w ostatnim czasie.
Weszła do kuchni i, mimo woli, zacisnęła dłonie w pięści. Nic, dosłownie nic, nie leżało na swoim miejscu. Curta nie było i Leeann postarała się wyrzucić go ze swoich myśli. Nic dobrego nie mogło jej przyjść z zastanawiania się, co piekielni włamywacze zrobili z kotem. Podniosła z dywanu rozbity, bladoniebieski wazon. Ostatni podarunek od matki, otrzymany zaledwie trzy dni przed tym, jak...
Cholera jasna!

Leeann wyjęła spod łóżka starą, wytartą walizkę i rzuciła ją na pościel. Zawartość poduszek unosiła się w powietrzu, poganiana lodowatym wiatrem, wlatującym przez wybite okno.
Na samo dno schowała kilka pustych kopert, owijając je złotawym sznureczkiem, identycznym z tym, którym obwiązane zostały listy.
Spakowała wszystko, co nie zostało jeszcze zniszczone. Z tępym uczuciem bólu podniosła miski kota i schowała je do szafki. Z całej siły trzasnęła drzwiczkami, które w odpowiedzi wypadły z zawiasów.
Podniosła walizkę i wyszła z mieszkania, rzucając na drzwi wszystkie znane sobie ochronne zaklęcia.
Nie miała zamiaru wracać.


Znalazła miejsce w którymś z podrzędnych, czarodziejskich hoteli. Zabrała od otyłego, nieogolonego mężczyzny klucz i skierowała się na drugie piętro. Drewniane schodki skrzypiały złowieszczo przy każdym kroku.
Pokój składał się z jednej izby i łazienki, metalowego łóżka, nakrytego stwardniałym, lekko zapleśniałym przy rogach materacem, szafki i liniejącego, zielonego dywaniku. Podłogę pokrywała przynajmniej centymetrowa warstwa kurzu, z sufitu gdzieniegdzie obłaziła bladoróżowa farba.
Leeann skrzywiła się pod nosem. Rzuciła na drzwi kilka zaklęć, po czym transmutowała obrzydliwy materac w pościel.
Zasnęła dobre kilkadziesiąt minut po tym, jak przyłożyła głowę do poduszki.

Siedziała przy kuchennym stole, przeglądając Proroka Codziennego. W powietrzu unosił się zapach zupy pomidorowej i gorącej, malinowej herbaty, popijanej przez matkę. Gdzieś w korytarzu zegar wybijał siedemnastą, a niedomknięta okiennica obijała się o ścianę. Wiatr świszczał za oknem. Nagle rozległ się trzask otwieranych drzwi i do pomieszczenia wbiegł ojciec. Jego włosy były rozczochrane, w oczach błyszczał strach.
— Zaraz tu będą — krzyknął.
Złapał swoją różdżkę i rzucił się z powrotem w kierunku wejścia.
— John! Wracaj, do cholery! — wrzasnęła kobieta, również wyciągając swoją różdżkę z kieszeni fartucha w kwiaty.
W przeciągu kilku sekund z roześmianej gospodyni domowej zmieniła się w aurora. W progu odwróciła się do skamieniałej ze strachu córki.
— Schowaj się, Leeann! Natychmiast!
Nie była w stanie wykrztusić słowa. Serce podeszło jej do gardła. Na zewnątrz rozległy się krzyki. Drzewa w ogrodzie objęły czerwone i złote płomienie.
— Uciekaj! Póki jeszcze jest czas! — wrzasnęła jej matka, popychając ją jak najdalej od wejścia do domu.
Nie była w stanie się opierać. Czuła się chora, jej ciałem wstrząsały torsje. Świat za oknem wypełniło żałosne, wypełnione bólem wycie zamkniętego w płonącym kojcu psa. Potknęła się o próg.
W korytarzu rozległ się huk wyważanych drzwi.
— Tato! — krzyknęła, widząc uderzającego z impetem w ścianę ojca.
— Uciekaj, Leeann, nic mi nie będzie! — rzucił przez ramię, odwracając się do zamaskowanych postaci, stojących w drzwiach.
— Avada Kedavra!
Przez sekundę patrzyła jak ojciec upada na ziemię, z jego ręki wypada różdżka, a na twarzy pojawia się wyraz zdziwienia. W jej oczach huczały jeszcze słowa „nic mi nie będzie”, gdy w umyśle pojawiła się irracjonalna myśl: „kłamca”.
— Córeczko, uciekaj, schowaj się do piwnicy, szybko! — krzyknęła matka, chwytając ją za ramię i wyciągając z pokoju.

Kobieta rzuciła kilkanaście zaklęć na drzwi i odsunęła wypłowiały dywan. Machnięciem różdżki otworzyła klapę w podłodze i wepchnęła Leeann do piwnicy.
— Nie, proszę, nie, nie, nie, nie!
Usłyszała huk, gdy śmierciożercy przełamali zaklęcie blokujące drzwi.
— Na co czekacie, tchórzliwi mordercy?! Expel...
— Avada Kedavra! — zawołał śmierciożerca, którego głos Leeann rozpoznała bez trudu: Culbert.

Usłyszała szelest przesuwania dywanu. Ktoś podniósł nieco klapę i dostrzegła ciemne oczy i brązowe, zmierzwione włosy. Warren spojrzał na nią i z trudem przełknął ślinę.
—Jest tam ktoś? — zawołał jeden ze śmierciożerców.
— Nie, nikt — odparł Warren już opanowanym tonem.
Jego twarz była trupioblada i beznamiętna jak maska. Palce zacisnęły się na krawędzi klapy tak mocno, że stare deski zaskrzypiały.
— Zupełnie nikt, chyba że szukasz towarzystwa pająków wielkości dłoni — dodał po chwili.
Zatrzasnął klapę i po chwili rozległy się trzaski deportacji. Zapadła cisza.

Leeann obudziła się, z trudem powstrzymując krzyk. Podniosła się chwiejnie i skierowała do łazienki.
Jej twarz była chorobliwie blada, na zaciśniętych dłoniach uwidaczniały się ciemne blizny. Odkręciła zimną wodę i pochyliła się nad umywalką, wsłuchując w jednostajny szum.
Znajdzie Culberta. Choćby ukrył się na cholernym końcu świata.

*

Warren wrzucił do torby ostatnie rzeczy i grzbietem dłoni otarł czoło. Komnatę wypełniał półmrok, tylko na drewnianym biurku płonęła świeca. Zgasił ją palcami, po czym przerzucił płaszcz przez ramię i opuścił pomieszczenie. Ciemne korytarze Hogwartu wypełniał przytłumiony blask pochodni. Minął kilku uczniów, zagłębionych w lekturze szkolnych podręczników, napotkał nawet Grubego Mnicha, bez celu snującego się po lochach. W Sali Wejściowej natknął się na Minerwę McGonagall.
— Już wyjeżdżasz. — To nie było pytanie.
Dyrektorka Hogwartu uśmiechała się smutno, budząc w Warrenie skojarzenie z pewnym białobrodym staruszkiem. Potrząsnął głową i brutalnie wyrzucił wspomnienie z myśli.
— Tak — odparł sucho. — Obowiązki wzywają.
— Warren, wiesz, że Vantres... — zaczęła niepewnie McGonagall.
Obracała w palcach dębową różdżkę, wpatrując się w punkt gdzieś nad jego lewym ramieniem.
— Wiem — przerwał jej. — Dziękuję za miłe przyjęcie — dorzucił z poczucia obowiązku i hołdując zasadom przodków.
— Zawsze możesz tu zostać, Warren — powiedziała poważnie McGonagall, a Warren mógł tylko zgadywać, ile kosztowały ją te słowa.
— To bardzo uprzejme z pani strony. Na pewno jeszcze się tu zjawię. — Oboje doskonale wiedzieli, że kłamie. — Do widzenia. Życzę udanego semestru.
Ukłonił się grzecznie i odszedł, zostawiając dyrektorkę stojącą w bezruchu pośrodku sali. Przeszedł przez otwarte drzwi, lodowaty wiatr uderzył go w twarz. Dopiero gdy minął bramy Hogwartu, odwrócił się i obrzucił ostatnim, doskonale obojętnym spojrzeniem jedyne miejsce na świecie, gdzie mógł czuć się bezpieczny.

*

Rosevelt przeciągnął się i podniósł z posłania. Z zaintrygowaniem wsłuchał się w popiskiwanie, rozbrzmiewające nieopodal. Podszedł do krat i rozejrzał się po korytarzu. Aurorzy musieli prowadzić właśnie spis obecności, bo w pobliżu nie było żywego (i zdrowego na umyśle) ducha.
Siedzący w sali naprzeciwko więzień z zainteresowaniem przyglądał się trzymanemu w palcach tłustemu szczurowi. Zwierzę piszczało jak opętane.
Oczy Rosevelta rozbłysły.
— Kolego — zagaił, wyciągając przez kraty poharataną rękę. — Czy mógłbyś dać mi tego szczura?
— Jeszcze czego! — zawołał tamten, przyciskając do siebie piskające zwierzątko.
Jego czarne włosy wyrastały kępkami z żółtawej skóry na czaszce, twarz szpeciły głębokie blizny.
— Dajże, stary — spróbował jeszcze raz Rosevelt, porzucając kurtuazyjny ton i wciąż uważnie obserwując korytarz. — Co ci tam, jeden szczur w tę czy w tamtą? Dam ci mój koc – kusił umiejętnie, uśmiechając się. — No, nie daj się prosić.
W końcu tamten zawahał się i chwycił zwierzaka za ogon, po czym podał go Roseveltowi, który uśmiechnął się radośnie, niczym małe dziecko, otrzymujące zabawkę.
— No, dawaj koc — upomniał go więzień.
Świńskie, bladoniebieskie oczka utkwił w wijącym się zwierzątku.
— Już pędzę — zakpił Rosevelt i oparł czoło o kraty, uśmiechając się drwiąco.
— Dawaj, ty śmierciojadzie! — zawył więzień, tupiąc zapamiętale.
Rosevelt prychnął i, nie zastanawiając się dłużej, złamał szczurowi kark. Wyjął z buta sznurówkę i podciągnął się na łokciach, by zawiesić zwierzę w oknie.
— Ty sadysto! Ty psychopato! — ryczał tymczasem mężczyzna, ze zgrozą wpatrując się w szura.
Rosevelt sprawiał wrażenie, jakby te krzyki nie robiły na nim najmniejszego wrażenia. Zwierzątko kołysało się na wietrze. Rosevelt przeciągnął się ponownie i uśmiechnął szeroko do sąsiada. W jego oczach pojawił się dziwny blask.
— Zobaczysz, stary, jak stąd wyjdę dostaniesz i koc, i całą masę cholernych szczurów.

*

Leeann zostawiła walizkę w hotelu i postanowiła pospacerować po Pokątnej.
Przed wyjazdem do Hogwartu musiała nabyć odpowiednie książki, składniki eliksirów i inne niezbędne rzeczy.
Już dawno temu doszła do wniosku, że praca nauczycielki spadła jej z nieba. Nie znajdzie prawdopodobnie lepszej przykrywki, by przeszukać szkolną bibliotekę, a jeśli ktoś oskarży ją o utrudnianie śledztwa, zawsze znajdzie alibi.
Zdawała sobie sprawę, że musi za wszelką cenę odnaleźć człowieka, który zaczarował listy. Dopóki nie zniszczy pergaminów, ona, Warren i Rosevelt, i przynajmniej kilka innych osób, nie będą mogli czuć się bezpiecznie.
Nie wspominając już o tym, że jeżeli Ministerstwo zdoła znaleźć cień dowodu, a Vantres rozpowie światu, jakim to genialnym jest politykiem (pierwsze miesiące kadencji, a tu już zdołał pochwycić ostatnich śmierciożerców i zamknąć ich w Azkabanie!) czarodzieje, a co za tym idzie, rząd, poprą cholernego psychopatę i nikt już nie będzie w stanie zatrzymać Vantresa przed wprowadzeniem dyktatury w Anglii.
Vantres był człowiekiem władzy. W gruncie rzeczy od Voldemorta różniło go tylko, że oficjalnie stał po Stronie Dobra, nie babrał się w Czarnej Magii i nie torturował, by zdobyć przyjaciół, tylko subtelnie hipnotyzował.
Leeann wcale by się nie zdziwiła, gdyby Vantres okazał się być świetnym Legilimentą i Oklumentą.
Nie mogła powiedzieć, że nie robiła na niej wrażenia finezja czarodzieja. Miał cechy genialnego stratega, charyzmatycznego polityka i, co najważniejsze, przekonującego kłamcy.
Nie wmawiał ludziom, że jest królem, którego powinni wielbić.
Wręcz przeciwnie, zmuszał ich, by wierzyli, że jest tylko ich przedstawicielem, sługą, przyjacielem. W ten sposób będzie w stanie zjednać sobie niemal cały świat.
Jego wrogami byli ludzie, wobec których społeczeństwo nastawione było co najmniej nieprzychylnie – złodzieje, przestępcy, kłamcy, no i, oczywiście, śmierciożercy.
Nienawiść jednoczy, nie da się ukryć.
I nikt nie zauważy, że Vantres nie przeprowadza procesów, że ludzie, którzy w czasie wojny stali po stronie Dumbledore’a, ale jednocześnie byli przeciwnikami Vantresa, lądują w Azkabanie, a za dowód ich winy podaje się działalność śmierciożerczą.
Świat ocknie się dopiero wtedy, gdy uczyni z Vantresa króla świata i pozwoli mu zmienić Anglię na tyle, żeby nikt nie zdołał mu tej pozycji odebrać.
A wtedy będzie za późno.
I czarodziejska społeczność obudzi się w cholernej orwellowskiej powieści.

*

Świtało, gdy pociąg zaczął z głuchym zgrzytem hamować. Warren ocknął się gwałtownie, ciemny płaszcz spadł na ziemię. Przeczesał ręką włosy i podniósł się, chwytając rączkę torby.
Wyszedł z pociągu, żegnany obojętnym spojrzeniem konduktora. King Cross tonęło w oślepiającym blasku słońca. Warren zmrużył oczy i włożył wolną dłoń do kieszeni w poszukiwaniu papierosów. Bez skutku.
Wymruczał coś niewyraźnie pod nosem. Nieomal stratował jakiegoś dzieciaka, gdy nie patrząc pod nogi, przeciskał się przez zalewający peron tłum. Jego głowa pulsowała jednostajnym bólem, a ciałem wstrząsały dreszcze.
Zirytowany swoją bezprzyczynową słabością, przyspieszył jeszcze kroku.
Postanowił, że raport może doręczyć równie dobrze wtedy, kiedy się wyśpi. Wszedł w najbliższy ciemny zaułek i deportował się z cichym pyknięciem.

Dom jego przodków wyglądał równie źle, jak zwykle. Warren z irytacją przegonił ze starej fontanny kilka kruków i zdjął zaklęcia z drzwi. Rzucił płaszcz na wieszak, po czym, nie trudząc się zdejmowaniem butów, wszedł do kuchni.

Nie wiedział, jak długo będzie mógł zostać. Nie miał żadnych planów, zamiarów, pomysłów. Z drugiej strony jednak nie posiadał szczególnego powodu, by ułatwiać Vantresowi sprawę. Skoro psychopata chce go złapać, to niech się pomęczy.
Warren oderwał się od myśli i podniósł głowę, słysząc ciche stukanie. Za oknem siedziała szara sowa i wyglądała na zniecierpliwioną. Warren odebrał od niej list, starannie zapieczętowany i zaczarowany.

Warren!
Myślę, że musimy poważnie porozmawiać. Mamy drobny problem. Pojutrze w kawiarni przy King Cross o siedemnastej.

L.



*

12 sierpnia 1994

Przysadzista willa tonęła w blasku słońca, wpadającego przez szerokie okna. W ogrodzie kwitły kwiaty.
Na szerokim parapecie siedziała ciemnowłosa kobieta i przytulała do piersi półtoraroczne dziecko. Nieopodal, na bladobłękitnym pledzie, siedział trzylatek i tarmosił zawzięcie misia.
Leigh wybuchnęła rozdzierającym płaczem. Carmen wstała z cichym westchnieniem i zaczęła spacerować po kuchni, kołysząc delikatnie dziecko. Jej czarne włosy były upięte w kok, z którego wydostało się kilka niesfornych kosmyków. Lester porzucił misia i usiłował teraz wdrapać się na krzesło.
Carmen pocałowała córkę w czoło i włożyła ją do kołyski. Było późne popołudnie.
Gdy w korytarzu rozległ się szczęk zamka, Carmen uśmiechnęła się i odetchnęła cicho. Lester natychmiast skierował się do przedpokoju.
Warren sprawiał wrażenie niewyobrażalnie zmęczonego. Jego oczy były podkrążone, a cera blada. Pocałował ją bez słowa w policzek i wziął syna na ręce.
Carmen weszła za nimi do kuchni.
Zaraz pojawiło się kilka skrzatów, które zaczęły podawać dania. Usiedli przy stole – Lester wiercił się w swoim wysokim foteliku, Leigh gaworzyła cicho, bawiąc się nadprutym misiem.
Przez chwilę w jadalni panowała cisza, przerywana tylko brzdękiem sztućców.

Nie idź, Warren. Nie idź tam...
— Muszę. Wiesz o tym. To nie jest kwestia tego, czy ktoś z nas tego chce czy nie, Carmen.
— A jeśli...
— Wrócę. Obiecuję.



*

W gustownie umeblowanej jadalni panowała cisza. Przy stole siedziały cztery osoby. Piękna kobieta o niepospolitych, dostojnych rysach twarzy i długich, brązowych lokach z wrodzoną elegancją trzymała kieliszek z winem. Jedenastoletni chłopiec siedział nienaturalnie wyprostowany, z dłońmi złożonymi na podołku. Miał na sobie elegancki, czarny garnitur z muchą i białą koszulę.
U szczytu stołu siedział szczupły mężczyzna. Jego siwe włosy były idealnie przygładzone, niebieskie oczy uważnie studiowały wzory na stojącym pośrodku blatu świeczniku.
Z krzesła podniosła się wysoka, piętnastoletnia arystokratka. Jej ciemne włosy były spięte w elegancki kok, czerwona suknia podkreślała chorobliwą bladość cery.
— Keighley, zagraj nam — poprosiła kobieta cichym, drżącym głosem.
Dziewczyna skinęła głową i podeszła do stojącego w rogu pokoju fortepianu. Jej blade palce delikatnie dotykały wykonanych z kości słoniowej klawiszy.
Gdy Keighley zakończyła melodię cichym andante, Vantres podniósł swój kieliszek z czerwonym winem i spojrzał swojej bladej siostrze prosto w oczy.
— Za Anglię, siostrzyczko.


Za władzę, za zemstę, za wiarę, za kłamstwa.
Kochanie.




komentarze [4]

***
poniedziałek, 24 marca 2008


Niczego nie porzucam.
Na razie Wen zniknął, Czas się chowa a Pomysł uciekł pod szafkę, ale bądźmy pełni nadziei.
Mam już nieco kolejnego rozdziału.
Cath.

komentarze [2]

Rozdział IX
piątek, 1 lutego 2008


Bez bety – będę dozgonnie wdzięczna za wyłapanie błędów, potknięć i niedociągnięć.


Rozdział IX

Leeann wbiegła do biblioteki, pospiesznie zatrzaskując za sobą drzwi. Bibliotekarka posłała jej chłodne spojrzenie spod krzaczastych brwi i wróciła do czytania najnowszego numeru „Czarownicy”.
Wnętrze wyglądało pozornie zwyczajnie, choć przytłaczało rozmiarem. Dziesiątki regałów ustawionych blisko siebie przykrywała cienka warstwa kurzu, stojące nieopodal stoliki zdobiły malowidła. Pod sufitem unosiły się lampy naftowe, rzucające łagodne, przytłumione światło. Podłogę wykonano z heblowanego drewna, przykryto gdzieniegdzie starymi, wypłowiałymi dywanami. Leeann zdjęła płaszcz i zawiesiła go na wieszaku, po czym skierowała się do regałów, na chwilę zapominając o pośpiechu i wdychając zapach kurzu i pergaminów.
Na półkach stały setki starych woluminów, dziesiątki rękopisów, notatek wybitnych filozofów magicznych i mugolskich, wiekopomne dzieła artystów.
W głębi pomieszczenia znajdowały się duże drzwi prowadzące do archiwów, w których przechowywano najcenniejsze i najstarsze księgi.
Jednak ta biblioteka zawierała zaledwie drobny procent wszystkich światowych dzieł.

Rzym Leeann odwiedziła tylko raz, do tamtejszej, największej w świecie czarodziejskim biblioteki nawet nie weszła. Widziała ją jednak z zewnątrz i nigdy nie zapomniała monumentalnego, przytłaczającego niezwykłością budynku. Wykonana ze śnieżnobiałego marmuru, zdobiona tysiącami rzeźb bogów, czarodziejów i zwierząt, otoczona Błękitnymi Ogrodami budowla wzbudzała szacunek w każdym, kto ją mijał.

Leeann oderwała się od myśli i zajęła przeglądaniem długiej listy z tytułami książek, czując nieprzyjemne ssanie w żołądku.
Przekonywała się, że musi istnieć jakieś przeciwzaklęcie, choć własna wiedza podpowiadała jej, że tylko się łudzi. Jedyną metodą zdjęcia Czaru Georvina było odnalezienie tego, kto je rzucił i albo zmuszenie go do zniszczenia listów, albo zabicie.

*

Warren siedział w swojej komnacie, w milczeniu sącząc wino z kieliszka. Oparł nogi na podłokietniku obitego czerwonym materiałem fotela. Oderwał wzrok od ognia i obojętnie popatrzył na leżące na kolanach gazety z krzykliwymi, przyciągającymi uwagę nagłówkami.

„Minister wyznacza termin nowych wyborów!”

„Minister oświadczył na konferencji prasowej, iż ma zamiar zrzec się swojego stanowiska.
— Zostałem wyznaczony na Ministra Magii w czasach tuż po zakończeniu najstraszliwszej wojny naszych czasów — mówi Kingsley Shacklebolt. — To oczywiste, że społeczeństwo wybrało aurora, biorąc pod uwagę nasz wkład w wygraną. Teraz jednak, kiedy udało nam się naprawić większość szkód, pragnę rozpisać nowe wybory. Jeżeli społeczeństwo raz jeszcze okaże mi zaufanie, z radością będą dalej pełnić to najwyższe stanowisko, pomimo że dalece bardziej satysfakcjonuje mnie praca aurora. Sądzę jednak, że Ministrem Magii powinien zostać ktoś z większym politycznym doświadczeniem, kto nie tylko naprawi szkody Wojny, ale i zajmie się reformami.
[c.d. na stronie 11-12]”

„Wybory już na początku lutego!”

„Najbardziej prawdopodobnym kandydatem do zwycięstwa jest niejaki John Vantres. Popiera go ponad czterdzieści pięć procent społeczeństwa.
[dokładne dane, statystyki i przewidywania na stronie 2]

Jeszcze dzień wcześniej Warren czuł paraliżujący strach, dziś jednak wszystko było mu już właściwie obojętne. Gdy nadejdzie luty ześlą go bezprocesowo do Azkabanu, ewentualnie kilku pracowników tajnych służb aurorskich zaatakuje go w ciemnym zaułku, który opuści w pudełku od zapałek. Vantres nie będzie potrzebował ani zbyt wielu dowodów winy, ani świadków, ani obarczających dokumentów. Dla zemsty człowiek gotowy jest zrobić wszystko, co w swojej mocy, a Vantres będzie miał przecież niemałe kompetencje.
Natychmiast albo zmusi Warrena do rezygnacji ze stanowiska w Ministerstwie, albo zmieni wydane przez obecnego Ministra prawo o nietykalności pracowników. Dla takich ludzi nie ma rzeczy niemożliwych. Jedyną przeszkodą mógłby być jednogłośny protest reszty rządu, a taka opcja nie była raczej prawdopodobna.
Warren obrzucił uważnym spojrzeniem zdjęcie pod nagłówkiem Magic London Times.
John Vantres idealnie nadawał się na Ministra Magii. Idealnie przycięte, gładkie, siwe włosy, bez jednego odstającego kosmyka, przystrzyżone wąsiki, twarz o ostrych rysach, wystające kości policzkowe. Zmarszczone groźnie usta, przenikliwe, zimne spojrzenie niebieskich oczu. Szata prosto od Francellta, najlepszego francuskiego projektanta, buty wypolerowane na wysoki połysk, okulary w lśniącej oprawie, prosty nos, brak najmniejszej zmarszczki.
Tak — pomyślał Warren, z westchnieniem odrywając wzrok od prasy. — John Vantres będzie Ministrem Magii.



*

Rosevelt przemieszał łyżką białą breję, którą otrzymał na obiad. Odłożył miskę na ziemię i oparł się o ścianę, w milczeniu obserwując aurorów, spacerujących po korytarzach.
Dawlish wciąż się nie pojawił. Rosevelt zaklął pod nosem. Plan wydawał się tak idealny! Wystarczyłoby, gdyby zabrano go na salę przesłuchań. Dawlish na pewno odprawiłby resztę aurorów w nadziei usłyszenia czegoś, za czego ogłoszenie otrzymałby sławę i podwyżkę pensji. Rosevelt wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie. Wiedział, że gdyby pozostawiono go sam na sam z niezbyt utalentowanym aurorem, wszystko byłoby prostsze.
Rosevelt zdawał sobie sprawę, że Dawlish rozważał ten pomysł niejednokrotnie. Pomimo że jego zdolność legilimencji znacznie zmniejszył pobyt w Azkabanie, nieskomplikowany umysł aurora nie był specjalnym wyzwaniem.
Inną, gorszą sprawą był fakt, iż niedługo miały być wybory. Jeśli Ministrem zostanie Vantres, nie dość, że Rosevelt straci możliwość ucieczki – pedantyczny staruszek na pewno zwiększy zabezpieczenia więzienia - to jeszcze prawdopodobnie wzrosną szanse skrócenia wyroku – Rosevelt był pewny, że ‘czyszczenie społeczeństwa’ będzie się odbywało znacznie częściej.

*


Był rok 1989. Rosevelt w milczeniu stał na peronie, patrząc na pociąg, z którego przed chwilą wysiadł. Jechał nim po raz ostatni.
Rozejrzał się, dostrzegając nieopodal Annę, żegnającą się z Murry’m, i Warrena, który wyszedł właśnie z pociągu. Twarz przyjaciela była obojętna i pozbawiona wyrazu. Wypatrywał kogoś w tłumie, ale po chwili skrzywił się ledwo dostrzegalnie. Przecież nie było nikogo, kto mógłby na niego czekać.
Warren uśmiechnął się do nadchodzącej Carmen, a w jego oczach pojawiła się czułość, którą niedługo później miał zastąpić chłód. Pocałował wewnętrzną stronę jej dłoni, nie mówiąc ani słowa. Chwilę później już go nie było.
Leeann z uśmiechem podbiegła do stojących nieopodal rodziców, których zaledwie w pół roku później miała stracić. Przytuliła matkę, dosyć niską kobietę o mądrych, dobrych oczach i jasnych włosach, i ojca, wysokiego czarodzieja o zawadiackim uśmiechu i wysportowanej sylwetce. Spojrzała przez ramię na Rosevelta i uniosła dłoń, jakby chciała pomachać, ale po chwili schowała ją do kieszeni.
Rzucił jej perfekcyjnie obojętne spojrzenie.
Po chwili podeszła do niego Illia. Uśmiechnął się do niej. Powiedziała coś, czego nawet nie usłyszał, i pocałowała go w policzek. Nie zauważył nawet, kiedy znikła w tłumie.
On sam czekał jeszcze przez chwilę, aż Faith pożegna się z przyjaciółmi. W końcu siostra podbiegła do niego, uśmiechając się promiennie i taszcząc swój kufer. Wziął go od niej bez słowa. Wciąż coś mówiła, kiedy przyjechali rodzice. Terry jak zwykle bardzo się spieszył do pracy – której pracy oczywiście Rosevelt doskonale wiedział - a matka wypytywała ich o samopoczucie i karciła za niepisanie listów.

Rosevelt doskonale wiedział, że wciąż mogłoby tak być. Mógłby siedzieć z nimi w niedzielne popołudnia, grać z Faith w Eksplodującego Durnia, słuchać opowieści matki, wierzyć ojcu, że nigdy ich nie okłamał. Odwiedzałby czasem Warrena i Leeann, może nawet wpadłby na zaplanowane na dwudziestego października przyjęcie urodzinowe Anny, gdyby nie fakt, iż dziewiętnasty był ostatnim dniem życia jej córki i, w pewien sposób, także i jej samej.

*

Leeann przymknęła oczy, opierając głowę na książce. W bibliotece było tak cicho, że słyszała własny oddech. Zamrugała, starając się odpędzić senność.


Siedziała w ciemnej gospodzie, sącząc z brudnej szklanki zimny napój. Palcami wystukiwała jakiś szybki, nerwowy rytm. W żaden inny sposób nie okazała lodowatego niepokoju, który dawno zapanował nad resztkami myśli. Gdy tylko rozlegało się najmniejsze skrzypnięcie drzwi, podnosiła głowę i z nadzieją przyglądała się przybyszowi.
W końcu wstała gwałtownie, chwiejąc się z braku snu, i podeszła do barmana. Ten obrzucił ją nieufnym, chłodnym spojrzeniem.
— Jeżeli któryś z nich tu przyjdzie... — zaczęła, zaciskając dłonie na krawędzi blatu. — Którykolwiek...
— Nie ma mowy – oświadczył sucho otyły mężczyzna, taksując ją wzrokiem. — Nie będę się za nikim z informacjami uganiał.
Leeann płynnym ruchem wyciągnęła różdżkę z kieszeni i wycelowała w nagle pobladłego mężczyznę. Jej oczy były lodowato zimne, błyszczące graniczącą z szaleństwem determinacją.
— Czy to stanowi dla ciebie jakikolwiek problem, John? — zapytała obłudnie słodkim głosem i uśmiechnęła się chłodno, gdy barman pokręcił głową, z przerażeniem zezując na jej różdżkę.
— Wspaniale. — Odwróciła się zamaszyście i wyszła z gospody, nie oglądając się za siebie.

Była późna wiosna, maj.
Dzień, w którym dobro ostatecznie miało zwyciężyć, którego opis, gdyby miano stworzyć o nim opowieść, zakończyłby się słowami: „I wszyscy żyli długo i szczęśliwie”.
Oprócz, rzecz jasna, tych, którzy żyć nie mieli już w ogóle, lub też, w opinii ogółu, na nic ponad śmierć nie zasługiwali.

Leeann ocknęła się z półsnu i przetarła dłonią oczy. Kolejny raz spróbowała skoncentrować się na czytanym tekście.

Lars Georvin – urodził się w 1430 roku w Clamvillage, małej, czarodziejskiej wiosce położonej na północy Anglii. Ukończył najznamienitsze czarodziejskie uczelnie z wybitnymi ocenami, zajął się opracowywaniem nowych zaklęć i odniósł w tej dziedzinie znaczne sukcesy. Największym jego wynalazkiem jest tzw. Zaklęcie Georvina, czy inaczej Zaklęcie Niezniszczalności. Dotąd nie opracowano przeciwzaklęcia. Klątwa ta sprawia, że obrzucony nią przedmiot nie może zostać zniszczony, chyba że czarodziej, który rzucił czar, zdejmie go lub zostanie zamordowany.
Lars Georvin zmarł w 1480 roku, został zaatakowany podczas powrotu z Londynu, torturowany i zabity. Powody nigdy nie zostały odkryte.


Leeann westchnęła, zamknęła książkę „Najwięksi wynalazcy średniowiecza” i oparła łokcie na stole, palcami masując skronie i niewidzącym wzrokiem patrząc przed siebie.
Jak, na Merlina, miała znaleźć faceta, którego twarz ledwo była w stanie sobie przypomnieć?

*

Warren zacisnął palce tak mocno, że krótkie paznokcie wbił sobie w śródręcze. Niedługo powinien wracać do Ministerstwa. Zakończył już przesłuchiwanie nauczycieli, napisał raport.
Nie miał żadnych planów, co robić dalej. Oczywiście mógł wyjechać za granicę; żeby go dostać w swoje ręce Vantres musiałby posłać list gończy i, co najważniejsze, znaleźć niezaprzeczalne dowody winy. Warren nie łudził się jednak specjalnie, że ucieczka z Anglii cokolwiek by zmieniła. Zawsze znajdą się ludzie, którzy przeciw niemu poświadczą.
Wystarczy, że podadzą Leeann veritaserum.
Warren nade wszystko nienawidził bezradności.

Podczas pierwszego procesu uratował go fakt, iż był czarodziejem czystej krwi, a jego rodzina otwarcie ani nie poparła, ani nie sprzeciwiła się Czarnemu Panu i poza jedną, jedyną chwilą, gdy ojciec ostrzegł Warrena, by nie został śmierciożercą, nigdy na ten temat z nikim nie rozmawiała.


*

12 grudnia, 1984 rok

Drogą z Hogsmeade do Hogwartu szła wysoka, szczupła postać, ubrana w czarny, duży płaszcz. Wyraźnie się spieszyła; jej kroki w miarę zbliżania się do zamku były coraz szybsze. W bladej dłoni ściskała jedenastocalową, wykonaną z dębu różdżkę z włosem jednorożca. Podeszła do wielkiej, zdobionej płaskorzeźbami bramy i wyczarowała srebrzystego sokoła, który wzleciał w powietrze, w kierunku jednej z wież.
Po chwili wrota zaczęły się bezszelestnie otwierać, a postać prześlizgnęła się między nimi i weszła do zamku.
Wewnątrz paliły się pojedyncze pochodnie, rzucając przytłumiony blask na kamienne, stare podłogi. Kobieta biegła szybko po schodach, co i rusz oglądając się za siebie i nie zważając na pomrukujące postacie z portretów.

Gabinet dyrektora był dokładnie taki, jakim go zapamiętała. Setki małych, złotych przedmiotów podrygiwało na szafach, przy majestatycznym biurku, na złotej żerdzi, siedział duży, piękny feniks.
Kobieta szybkim ruchem zdjęła kaptur z głowy, pozwalając jasnym włosom opaść na ramiona. Schowana w połach płaszcza dłoń zacisnęła się na różdżce.
— Caroline, moje dziecko — rozległ się nieopodal głos. Zawołana kobieta odwróciła się i stanęła niemal twarzą w twarz z wysokim starcem. Bladoniebieskie, ukryte za okularami-połówkami oczy wpatrywały się w nią z nieodgadnionym wyrazem.
— Dobry wieczór, dyrektorze — przywitała się i, zgodnie z najstarszymi obyczajami, skinęła lekko głową, chowając dłonie za plecami.
— Usiądź — poprosił starzec, wskazując jej miejsce naprzeciw biurka.
Machnął krótko różdżką i w powietrzu zawirowała srebrna taca z filiżankami. Dumbledore usiadł naprzeciw Caroline, spoglądając na nią badawczo.
— O co chodzi, moje dziecko?
— O Warrena — odezwała się po chwili milczenia, nieświadomie bawiąc się rąbkiem swojego płaszcza. — Boję się o niego. Harold – mój mąż – nie żyje, ja też nie będę tutaj wiecznie i... Warren nie może zostać śmierciożercą, dyrektorze. To nie może się wydarzyć...
— Na razie nie ma się czym przejmować, moje dziecko — odparł cicho dyrektor, odwracając wzrok. — Voldemort zniknął...
— On wróci — przerwała mu Caroline lodowatym tonem. Spojrzała prosto w bladoniebieskie oczy i złożyła dłonie na podołku. — Oboje wiemy to doskonale.
— Tak, wróci.
Dumbledore wstał i zaczął przechadzać się po gabinecie, nie mówiąc ani słowa więcej.
— Poza tym — odezwała się ponownie Caroline — już teraz jego poplecznicy szukają nowych zwolenników. Pozostają w ukryciu, ale kiedy On się odrodzi, wyjdą z cienia i rozpęta się wojna, daleko gorsza od poprzedniej. Muszę mieć pewność, że spróbuje pan pomóc Warrenowi... W zamian przysięgam panu, że postaram się zrobić co w mojej mocy w walce z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
— Dobrze — zgodził się Dumbledore, patrząc na nią uważnie. — Zrobię wszystko, co będę w stanie, Caroline. Obiecuję.
— Dziękuję. — Podniosła się, poprawiając płaszcz.
— W twojej rezydencji jest obraz Fineasa, prawda? — zapytał nagle Dumbledore.
— Owszem.
— Gdyby coś się działo, wyślę przez niego wiadomość — urwał. — Wiem, że Harold namalował także i moją podobiznę... — westchnął i podszedł do jednej z zamykanych na kluczyk szafki. Wyciągnął z niej fiolkę ze srebrzystą substancją i podał ją Caroline. — Weź duży pędzel i zamaluj tymi wspomnieniami obraz. Gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego, wiesz przecież, jak bywa na wojnie, moje odbicie na malowidle zdradzi ci, co robić.
— Przecież mogłabym przyjść tutaj, do dyrektorskiego gabinetu — zauważyła Caroline. — Tutaj też pojawi się pański obraz. — Dumbledore spojrzał na nią zagadkowo znad okularów i westchnął cicho.
— Mam przeczucie, moje dziecko, że gdybym zginął, przez pewien czas nikt nie będzie mógł ot tak wejść do Hogwartu, nie narażając przy tym życia. — Zamyślił się, nieświadomie skubiąc brodę. — Wybacz, Caroline, ale mam dużo pracy...
— Naturalnie. Chciałam tylko zapytać... Dlaczego mi pan ufa?
— Ponieważ postanowiłaś za wszelką cenę chronić syna. Obietnic złożonych w imię miłości nie łamie się ot tak, moje dziecko. — Spojrzał na nią znad okularów-połówek. — Oboje wiemy do doskonale.


*


W przestronnym biurze królowały cienie. Wysokie, ustawione pod ścianami mahoniowe meble niemal tonęły w mroku. Nad solidnym, misternie wykonanym biurkiem wisiały w powietrzu świece. Na stojącym obok, obitym białą skórą fotelu siedział blady mężczyzna. Dłonie złożył jak do modlitwy i oparł je na kolanach, w milczeniu przyglądając się leżącym na stole gazetom. Po jego twarzy błąkał się dziwny uśmiech.
Może i posłaniec się nie spisał – w końcu nie przyniósł listów – ale mężczyzna był pewien, że mimo tego plan nie zawiedzie. Przyszły oskarżony sam podstawi mu dowody pod nos i to jeszcze nim nadejdzie wiosna.
Zresztą, nawet jeśli nie, gdy tylko nadejdzie luty, jego drogi przyjaciel nie będzie już miał dokąd uciekać. Nie ostanie się żadne nie przeszukane miejsce w Anglii, choćby miał wysłać w teren wszystkich aurorów, czy nawet włamać się do Banku Gringotta lub Hogwartu.

W zimnych, niebieskich oczach powił się błysk szaleństwa.
Cóż, mój drogi śmierciożerco, do zobaczenia w piekle.



komentarze [5]

Rozdział VIII
wtorek, 20 listopada 2007


Dla Marudki za betę.

EDYTA z 12 stycznia 2008 roku: piszę, a przynajmniej się staram. Powinnam zdążyć przed moimi feriami [26 stycznia] ale nie mogę niestety tego obiecać.

Rozdział VIII

Leeann wyplątała się z koca i wstała z kanapy. Musiało być jeszcze wcześnie, bo nad Londynem unosiła się biała mgła, a słońce nie wzeszło.
Przecierając oczy, ruszyła do kuchni. W mieszkaniu panowała absolutna cisza.
Nagle gdzieś obok rozległ się cichy szmer. Leeann cofnęła się o krok i oparła o ścianę.
Hałas powtórzył się, choć był znacznie cichszy. Leeann wiedziała jednak, że jego źródło z każdą chwilą się przybliżało. Wycofała się do niewielkiego saloniku. Modląc się w duchu, podeszła do kanapy i zrzuciła koc na ziemię. Nigdy wcześniej nie czuła takiej ulgi widząc swoją różdżkę.
Podniosła ją i wyprostowała się, mrużąc oczy i wytężając słuch. Nagle rozległ się trzask zamykanych drzwi.
Leeann chwyciła swój ciemny płaszcz i zbiegła po schodach. Wyszła na ulicę, niespecjalnie wierząc, że zdoła kogokolwiek dostrzec. Zobaczyła przedzierającego się przez tłum mężczyznę w czarnym kapeluszu. Szedł zbyt szybko, by mogła uznać, że po prostu spieszył się do pracy. W przypływie głupiej, gryfońskiej odwagi ruszyła za nim, wiedząc, że na pełnej mugoli ulicy nie może czarować.
Fakt, iż napastnik był magikiem, był dla niej oczywisty.
Nagle zatrzymała się i przymknęła oczy. Kimkolwiek był złodziej, wszedł do jej sypialni. A tam, w szafce przy łóżku leżały stare, niegdyś otrzymane listy, w których nierzadko napisano zbyt wiele. W jej głowie od razu pojawił się obraz wiązanki przyczynowe-skutkowej. Jeśli listy zabrał czarodziej, to, po pierwsze, Leeann zostanie ukarana za kłamanie pod przysięgą.
Po drugie, choć to niczego nie zmieni, lista zarzutów wobec Rosevelta powiększy się o kilka punktów.
Po trzecie i najważniejsze – proces Warrena zostanie unieważniony. A listy posłużą za wystarczający dowód przeciw dawnemu śmierciożercy.
Nie myśląc już o jakichkolwiek skutkach swojego postępowania, Leeann wyciągnęła różdżkę i ruszyła biegiem za mężczyzną, który zniknął za rogiem.
Znała tę część Londynu bardzo dobrze, więc wiedziała, dokąd prowadzi uliczka, którą podążył nieznajomy. Zdawała sobie też sprawę, że jeśli za nim pobiegnie, w wąskich przesmykach między blokami będzie idealnym celem. Musiała jednocześnie zostać tak blisko, by w razie jego zniknięcia móc rzucić zaklęcie wiążące i teleportować się z nim.
Mając szczerą nadzieję, że żaden mugol akurat na nią nie patrzył, aportowała się przy wylocie uliczki. Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyjęła małą fiolkę. Od czasu napadu śmierciożerców, zawsze nosiła ją przy sobie. Wyrwała kurek i wypiła eliksir wielosokowy, w ciągu kilku minut zamieniając się w idealną kopię swojej dalekiej kuzynki.
Schowała różdżkę i weszła do uliczki, modląc się w duchu, by nieznajomy nie zawrócił. Przeklinała samą siebie, że nie zniszczyła listów z powodu jakiegoś idiotycznego sentymentu.
Szła szybko przed siebie i z trudem powstrzymała triumfalny uśmiech, kiedy dostrzegła mężczyznę. Nie znała go, ale to nie wydawało się niepokojące. Nucąc pod nosem i udając, że nie zwraca na niego uwagi, minęła włamywacza. Dopiero po upływie kilku sekund odwróciła się na pięcie i rzuciła niewerbalne zaklęcie unieruchamiające.
Mężczyzna nie zdążył wyczarować tarczy. Leeann uśmiechnęła się i podeszła do niego.
— Apertum! — szepnęła, choć domyślała się, że to bezcelowe.
Zaklęcie Ujawniające nie zmieniło niczego w wyglądzie nieznajomego. Leeann uklękła i przeszukała kieszenie jego płaszcza. Widok listów przyjęła z niekłamaną ulgą. Poza nimi mężczyzna nie miał przy sobie nic prócz różdżki. Podniosła się i przyjrzała kopertom.
Swój błąd zrozumiała w sekundę później, gdy uderzył w nią czerwony promień, a czarodziej rozpłynął się we mgle.

*

Warren w milczeniu wszedł do Wielkiej Sali. Nie spojrzał w kierunku dyrektorskiego krzesła. Wiedział, że Hogwart nie będzie taki sam bez starego amatora dropsów. Zajął miejsce przy stole nauczycielskim, obok profesora Zaklęć.
Zastanawiał się, po co właściwie zgodził się przybyć do Hogwartu. Powinien był odmówić, bez względu na to, czy straciłby pracę czy nie. Nieważne, czy zawiódłby wszystkich swoich przyjaciół, którzy tak bardzo starali się, by mógł dostać robotę w Ministerstwie.

Przed kilkoma miesiącami Leeann wysłała do niego list z prośbą o spotkanie. Umówili się w małej kawiarni niedaleko King Cross. Był na miejscu kilka minut przed czasem, a jego zły nastrój potęgował fakt, iż zmókł doszczętnie w letnim deszczu. Najzabawniejsze, że w prognozach Proroka wspominano o bezchmurnym niebie i upalnym popołudniu. Prychnął i ściągnął płaszcz, zastanawiając się usilnie, czego Leeann mogła od niego chcieć. Po wydarzeniach z kwietnia niemal zupełnie zerwali kontakt.
W tym momencie mały dzwoneczek u drzwi poruszył się. Leeann weszła do środka, składając niebieski parasol. Na torbę rzuciła Zaklęcie Nieprzemakalności, idealnej fryzury nie burzył ani jeden odstający kosmyk.
„Cholerna perfekcjonistka” - pomyślał. Wstał i pomógł zdjąć jej płaszcz. Siedemnasta zasada Kodeksu: bez względu na swoje uczucia zawsze i wszędzie bądź dżentelmenem.
— Cieszę się, że cię widzę — oświadczył przesadnie radośnie.
Leeann skwitowała to sceptycznym uniesieniem brwi, ale nie odpowiedziała. Usiadła, wyjmując na stolik zawartość swojej torby.
— Co to jest? — zapytał, wskazując na papiery i książki.
— Jestem ci winna przysługę — powiedziała beznamiętnie, nawet nie podnosząc wzroku – a nie lubię mieć długów. — Swoją różdżkę położyła na stoliku, a on poczuł się dziwnie na myśl, że rozmawiając z nim trzyma broń na wyciągnięcie ręki.
— Możesz jaśniej? — zapytał ironicznie. — Czy to jakaś gra w zgadywanki? Jest jakaś nagroda?
— Humor ci, jak widzę, dopisuje — odparła chłodno. — Ale przejdźmy do sedna. Mam zamiar skończyć to jak najszybciej.
— Jak sobie życzysz — mruknął obojętnie, kładąc ręce na stole.
— Wiem, że aurorzy nie wyzbyli się wobec ciebie podejrzeń, Warren — zaczęła, a gdy otworzył usta, przerwała mu ruchem ręki. — Mam wobec ciebie dług, więc postanowiłam pomóc ci z tego wybrnąć. Emma, moja koleżanka, pracuje w Ministerstwie. Poprosiłam ją, by pokazała ministrowi twoje kwalifikacje i dowiedziała się, czy przyjęto by kogoś takiego na którymś z wydziałów. Minister zgodził się bez zastanowienia. — Zrobiła pauzę. — Idiota. — Poprawiła dokumenty na stole i kontynuowała. — Gdybyś teraz złożył podanie o pracę tam, z pewnością zostałoby przyjęte. Minister nie chciałby wyjść na człowieka niesłownego.
— Miałbym pracować w Ministerstwie? — zapytał, zszokowany głupotą tego pomysłu.
— Oczywiście — powiedziała ze stoickim spokojem. — W zeszłym miesiącu, ze względu na wyraźne nalegania pracowników, Ministerstwo wydało dekret mówiący, iż bez wyroku bezstronnego sądu i jasnych dowodów, w domu zatrudnionych nie można przeprowadzić rewizji, nie można też przesłuchiwać ich pod wpływem Veritaserum. Dobrze wiesz, że jeśli Ministerstwo znalazłoby dowody, że byłeś śmierciożercą, pociągnąłbyś za sobą wielu ludzi. To jedyny sposób, Warren. Gdy tylko minie pół roku od wyroku, aurorzy na pewno wznowią poszukiwanie dowodów. Nic nie powstrzyma ich przed odnalezieniem ciebie, dokądkolwiek być nie uciekł. — Urwała, spoglądając w okno. — Zresztą, wiele czasu tam nie spędzisz. Niedługo Minister ma podobno odejść ze stanowiska. Nowy kandydat to John Vantres. — Warren gwałtownie zaczerpnął powietrza. Wiedział, że jeśli Vantres zostanie Ministrem Magii, jego dni będą policzone.
— Niemożliwe — szepnął. — Vantres nie może zostać Ministrem...
— Zostanie — oświadczyła dobitnie Leeann. — I dlatego zrobisz dokładnie to, co powiedziałam.
Podniosła się, kładąc na stole pieniądze za nietkniętą kawę. Założyła płaszcz i zgarnęła do torby część papierów.
— Czego właściwie oczekujesz? — zapytał, obracając w palcach monetę. Spojrzała na niego niemal ze zdziwieniem.
— Niczego. To tylko wyrównanie rachunków. — Zamilkła na chwilę, patrząc w okno. — Do widzenia, Warren.
Odwróciła się i wyszła z kawiarni, rzecz jasna nie zapominając, by rozłożyć niebieski parasol.
Nienawidził jej wtedy bardziej niż kogokolwiek na ziemi.
Nie potrzebował pomocy. Niczyjej.
Już nie.


*

Wokoło panowała cisza i ciemność. Nawet krzyki więźniów umilkły, huk fal stał się niesłyszalny. Rosevelt siedział oparty o kraty, wątły promień słońca wpadający przez okienko raził jego oczy.



— Poczekaj!
— Po co? — Lodowato zimny głos.
— Proszę.

Warren odwrócił się do niego, a choć jego twarz pozostała bez wyrazu, oczy ciskały błyskawice. Wiatr targał brązowymi włosami, na ramieniu wisiała torba wypełniona książkami.
— O co chodzi? — Jego głos był szorstki, choć, paradoksalnie, obojętny.
— Warren... To niezupełnie tak, jak ci się wydaje.
— Nie? — Uniósł brwi, a jego usta wykrzywiły się drwiąco. — Oświeć mnie, Rosevelt. Dlaczego człowiek, który przez całe życie mówi o swojej nienawiści do Voldemorta — urwał, widząc spojrzenie przyjaciela — tak, Voldemorta, do cholery! Dlaczego nagle składa Przysięgę Wierności? Albo jest cholernym hipokrytą, albo tchórzem, nie sądzisz?

[Tchórz! Tchórz!]

— Nie jestem tchórzem. — Jego głos był zimny, dłonie drżały, opanowanie właśnie wzięło w łeb.
— Jesteś.
Rosevelt wyszarpnął różdżkę i nim zdał sobie sprawę, co właściwie się stało, rzucił zaklęcie. Doskonale wiedział, co w tamtej chwili czuł Warren. Ból, którego siłę może przewyższyć tylko Cruciatus. Przyjaciel upadł na kolana. Błonia były opustoszałe ze względu na późną porę. Warren zacisnął usta, z których nie wydobył się nawet jęk.
Rosevelt nagle zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Przed jego oczami pojawiły się mroczki. Miał ochotę krzyczeć i uciekać. Rzucił różdżkę na ziemię. W kąciku ust Warrena pojawiła się krew. Rosevelt nie był w stanie się poruszyć, podczas gdy przyjaciel wstał, opierając się o mur zamku. Warren poprawił torbę na ramieniu i otarł wargi, po czym odwrócił się i pchnął wrota.
— Warren... — Nawet na niego nie spojrzał. — Warren, błagam... — Wszedł za przyjacielem do Sali Wejściowej. — Proszę...
— Zostawiłeś na zewnątrz różdżkę — odpowiedział lodowato Warren i odszedł, nie oglądając się za siebie.
Rosevelt oparł się o ścianę i przełknął ślinę. Znak Wierności na ramieniu zalśnił w półmroku.


Rosevelt przetarł odruchowo oczy i odetchnął, nienawidząc w tej chwili nie tyle Azkabanu, Voldemorta, dementorów, ale siebie.
Nagle było już bez znaczenia, czy Plan się powiedzie. Bez znaczenia, czy Dawlish podejmie z nim rozmowę, czy zdoła uciec.
Zrozumiał, że piekło nie ogranicza się do więzienia i najprawdopodobniej nie ma jasno wytyczonych granic. Będzie w nim już zawsze i choć ta świadomość nie wnosiła niczego – nie podniósł się z dna odkąd tamtego dnia rzucił Zaklęcie Bólu na jedynego przyjaciela – przerażała go.
Bał się dalej żyć i, paradoksalnie, nie chciał umrzeć.
Zamknął oczy, uciekając od myśli.
Hogwart.
Tylko jednego nie mógłby znieść – gdyby to słowo pewnego dnia przestało mieć jakiekolwiek znaczenie i przestało wywoływać uczucia.


Czekała go jeszcze jedna rozmowa, dużo bardziej skomplikowana niż ta z Warrenem i daleko trudniejsza. Dziwnym trafem znów odbyła się na błoniach.
Leeann została najwyraźniej poinformowana przez Warrena o Przysiędze. Poprosił ją, by poczekała na niego po Zielarstwie. Kiwnęła głową i zgodziła się niechętnie.
Wyszedł jako ostatni. Warren minął go bez słowa, zarzucając torbę na ramię.
Leeann stała na zewnątrz, opierając się o ścianę cieplarni. Miała zaplecione w warkocz włosy, pojedynczymi kosmykami targał jesienny wiatr. Ubrana była w szkolną szatę, a na szyi zawiązała niebieski szalik.
Odetchnął i podszedł do niej, nie wiedząc jeszcze, co powinien powiedzieć.
— Chciałeś porozmawiać — zauważyła sucho, kiedy milczenie zaczęło się przeciągać.
— Tak. — Zamilkł i na chwilę przymknął oczy. — Warren ci powiedział...
— Bez znaczenia — ucięła. — Zresztą sądziłam, że sam mi o tym powiesz. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, pamiętasz? — dodała kwaśno, a w jej głosie pojawiła się ledwo dosłyszalna nuta goryczy.
— Nie chciałem...
— Bałem się, chciałeś powiedzieć — przerwała mu zimno. — Może i słusznie. Nie zależy mi na poznaniu twoich motywów. Myślałam tylko... — urwała i, prawdopodobnie pierwszy raz, odkąd Rosevelt ją znał, nie wiedziała, co mówić dalej. — Myślałam, że jesteś kimś innym, Rosevelt.
— Kim? — zapytał dużo ostrzej, niż pierwotnie chciał.
— Myślałam, że nienawidzisz tego, co sam zgodziłeś się robić. Myślałam, że sądzisz tak naprawdę, że... — Zagryzła wargi. — A to była tylko gra.
Nie widział, co odpowiedzieć, w jaki sposób się bronić. Odczekała kilka sekund i wzruszyła ramionami. Znów była Leeann, znaną całemu światu – opanowaną, spokojną, pewną siebie i obojętną.
Poprawiła torbę na ramieniu i ruszyła w kierunku zamku, gdzie, przy drzwiach, czekał na nią Warren. Nawet z tak dużej odległości Rosevelt zobaczył, że się do niego uśmiechnęła.


*

Warren dokończył rozmowę z ostatnim z nauczycieli, których przesłuchać miał tego wieczora, i skierował się do biblioteki. Usiadł przy stoliku w rogu sali, ukrywając się za stosami książek. Podparł głowę rękami i zapatrzył przed siebie. Nagle jego wzrok padł na wyryte na biurku dwie literki
‘C’ i ‘W’. Uśmiechnął się niewyraźnie i zamknął oczy.

Stał w wielkim, ciemnym lochu. Voldemort przechadzał się wzdłuż sali, śmierciożercy tworzyli krąg, otaczali go z każdej strony. Wszechobecny chłód był niemal niedostrzegalny, Warren wyczuwał namacalny strach jego pobratymców. On sam ukrył swoje emocje na dnie świadomości, wiedząc, że jeśli Czarny Pan je pozna, wszystkie bariery oklumencji runą, jego umysł stanie otworem, a życie zawiśnie na włosku.
Klęczał, zaciskając zęby, patrząc w ziemię.
— Pomogłeś jej uciec — syknął Voldemort zimno i nie było to pytanie. Spokój, opanowanie, bariery.
— Tak, mój panie — szepnął cicho i w milczeniu zniósł kolejnego Cruciatusa. — Daj mi wyjaśnić...
— Tylko tchórze się tłumaczą — prychnął Czarny Pan. — Mów.
— Błagam panie, oszczędź ją. Oszczędź. Błagam o litość...
— O litość? — syknął zimno Voldemort. — Dla zdrajców nie ma litości.
— Błagam, panie, błagam...
— Chronisz ją, sługo. Chronisz wbrew mojej woli. — Zimno, które owładnęło na chwilę Warrena kojarzyło się z chłodem śmierci.
— Panie, nigdy bym...
— Łżesz. — Cruciatus, krzyk, wyrywający się z ust. — Jeżeli znajdę cień dowodu, będziesz umierał długo, bardzo długo.
— Jeślibym miał cię zdradzić, panie, żadna kara nie będzie wystarczająca — szepnął, ocierając z warg krew.
— Wynoś się — powiedział Voldemort, a Warren z trudem dźwignął się z kolan.
— Dziękuję, mój panie — skłonił się i teleportował. Ostatkiem sił wszedł do mieszkania Rosevelta. Przyjaciel spojrzał na niego ze zdziwieniem. Otrząsnął się po chwili, pomógł mu dojść do jadalni i usiąść. Warren odetchnął cicho, chowając twarz w dłoniach.
— Pomóż mi, Rosevelt — poprosił cicho. — Carmen... Muszę ją ukryć.
— A Dumbledore?
— Nie — odparł krótko Warren.
To nie wchodziło w grę. Rosevelt usiadł naprzeciw, machnięciem różdżki przywołując dzbanek z herbatą i szklanki. Zagryzł wargi i zamyślił się.
— Jest takie zaklęcie... Nie wiem, czy potrafiłbym je rzucić — powiedział cicho. — Zaklęcie Fideliusa. Tylko... — urwał i spojrzał na przyjaciela.
— Zrobiłbyś to dla mnie? — zapytał Warren.
Rosevelt milczał przez krótką chwilę, patrząc w okno. Widział Faith, której nie umiał obronić przed samym sobą. Czarny Znak na przedramieniu zapiekł dotkliwie.
— Muszę iść — powiedział cicho.
Przywołał śnieżnobiałą maskę i ciemną szatę. Spojrzał na przyjaciela i odetchnął głęboko, choć niemal niezauważalnie.
— Zrobię wszystko, co będę mógł, Warren.
Zniknął, choć tego już Warren nie widział. Osunął się na podłogę.

*

Było już grubo po północy. Leeann siedziała w Dziurawym Kotle. Przed nią na stole leżały książki, notatki i kartki papieru. Człowiek, który na nią napadł, nie był zapisany w żadnych spisach ludności.
Leeann była pewna, że znajdował się pod którymś ze starodawnych Zaklęć Woli, dzisiaj niemal zapomnianych, ale wciąż znajdujących się na liście ściśle zakazanych. Imperius również zaliczał się do tej grupy, tyle że pod jego wpływem ludzie mogli znajdować się nawet i przez całe życie. Inne zaklęcia wystarczały co najwyżej na kilka miesięcy.
Udało jej się usunąć z pamięci napastnika tylko niektóre szczegóły, nim zniknął. Nakazała mu zapomnieć, u kogo widział listy, czyj dom napadł.

Podparła głowę rękoma i zamknęła oczy.

Stała samotnie na wielkim, opustoszałym cmentarzu. Słyszała złowrogie skrzypienie drzew, uginających się pod gwałtownymi podmuchami wiatru, i szelest liści. W ciemności migotało kilka zapalonych świeczek, kruki, siedzące na gałęziach dębów, skrzeczały głucho.
Leeann w milczeniu patrzyła przed siebie, pozwalając myślom płynąć w nieokreślonym kierunku.
Niebieskie oczy pozostały bez wyrazu, twarz była jakby wykuta w kamieniu.
Jej ucho wychwyciło szelest. Dłoń niezauważalnie ukryła się w połach płaszcza. Minęło nie więcej niż kilka sekund, gdy odgłos się powtórzył. Leeann ogarnęła wzrokiem cmentarz, który nagle stał się jakby ciemniejszy i zupełnie pusty.
Odwróciła się i na oślep rzuciła niewerbalne zaklęcie, jednocześnie odkrywając, że okolica obłożona jest polem antydeportacyjnym. Kątem oka dostrzegła postacie w maskach. Rzuciła się biegiem między nagrobkami, mając nadzieję, że Tarcza wytrzyma.
Nie wytrzymała.
Po chwili poczuła, jak w jej bok uderza zaklęcie. Przeszywający ból.
Odwróciła się i podniosła różdżkę wiedząc, że do bram jest zbyt daleko, by zdołała tam dobiec.
„Śmierć to tylko początek nowej ścieżki” — przypomniała sobie słowa pewnego czarodzieja i uśmiechnęła się sarkastycznie.
Z mgły wyłoniły się dwie postacie w maskach, Leeann machnęła różdżką i wykrzyknęła formułkę. Po okrzykach bólu poznała, że udało jej się trafić celnie.
Wykorzystując sekundową przewagę, wyczarowała srebrną tarczę i, ukrywając się za nią, obejrzała podłużną ranę na boku. Krew zdążyła przesiąknąć przez szatę i teraz skapywała na ziemię. Leeann uklękła, nie będąc w stanie utrzymać się na nogach. Z głuchym hukiem, przypominającym uderzenia dzwonu, o tarczę odbijały się uroki.

Zamknęła oczy i, walcząc z ogarniającą ją powoli słabością, zebrała myśli. Czuła niezwykle silny opór i zdawała sobie sprawę, że jest coraz słabsza. Tamci musieli być zręcznymi magami.
W końcu jednak pole antydeportacyjne w najbliższym otoczeniu przestało istnieć.
W tej samej chwili tarcza pękła i rozpłynęła się.
Miejsce, w którym przed sekundą klęczała Leeann, przeciął lśniący, zielony promień.


Ocknęła się i rozejrzała. Przetarła oczy i nagle jej ręka opadła bezwładnie na stół. Wyjęła listy z torby. Nim zrozumiała całą powagę sytuacji, poczuła zdziwienie. Jak mogła nie zauważyć? Koperty lśniły srebrzyście. Tylko dla świętego spokoju, Leeann wyjęła różdżkę i wyszeptała formułkę.
Napastnik zaczarował listy starodawnym zaklęciem Georvina. Teraz tylko on jeden był w stanie je zniszczyć i tylko jego różdżka mogła ku temu posłużyć. Musiał przewidzieć, że misja może się nie powieść. Zegar zabił trzykrotnie. Leeann chwyciła płaszcz, wszystkie książki wrzuciła do niewielkiej torby. Na stole położyła galeona i wybiegła z Dziurawego Kotła.
Biblioteka na Pokątnej powinna niedługo zostać otwarta.

*

Gdzieś niedaleko rozległo się wycie wilków. Mężczyzna w długim, czarnym płaszczu przyspieszył. Jego twarz ukryta była w cieniu kaptura, ale zielone oczy lśniły niebezpiecznie. Niemal biegł, przedzierając się przez las.
Nie pamiętał, kim był, kogo spotkał, nie wiedział, dlaczego ucieka. Tyle tylko, że spartaczył robotę i Oni nie udzielą mu najmniejszego wsparcia; ma radzić sobie sam.
Stworzył już plan, który nie mógł zawieść.
Wkrótce ruszy pościg.
A ścigający stanie się zwierzyną łowną.



komentarze [8]

Rozdział VII
piątek, 26 października 2007


Bez bety i za wytknięcie błędów z góry dziękuję.


Rozdział VII

Warren szedł powoli w kierunku Hogwartu, ignorując wiatr, targający połami płaszcza. Skostniałe z zimna palce zacisnął na rączce kufra, mrucząc pod nosem coś na temat zapominania zaklęć zmniejszających wagę.
Jego twarz tradycyjnie pozostawała bez wyrazu, tylko oczy, uważnie błądzące po drodze, zdradzały uczucia.
Gdyby minął go teraz ktoś znajomy, na pewno nie dałby się zwieść pozornemu spokojowi. Dostrzegłby, jak Warren zaciska zęby, zauważyłby, że jedna z dłoni ukryta została w kieszeni i zapewne zaciska się na różdżce.
Warren wdychał mroźne powietrze, nie zważając na setki malutkich igiełek, które zdawały się wbijać w płuca.
W jego oczach pojawił się znów blask desperacji, nie goszczący w nich od dawna.
Powiedzieć, że Warren się bał, to zbyt mało.

Nie pomyślał, że to wszystko tak mocno na niego zadziała. Szczególnie widok Hogsmeade. Był przekonany, że sobie poradził, zostawił przeszłość za sobą, pozbył się jej i zapomniał, ale to było tylko złudzenie.

Widział już zamek w oddali. Tysiące złotawych światełek w oknach, strzeliste wieże, ciemne mury. Zwolnił znacznie, pochylając głowę i mocniej zaciskając dłonie.

Myślał o chwili, kiedy pierwszy raz zobaczył Hogwart. Szedł wtedy z Carmen, którą poznał przed kilkoma godzinami w pociągu. Zawarli znajomość nie z powodu romantycznego przypadku, po prostu usiedli w ostatnim wolnym przedziale, a pozostałe towarzystwo niespecjalnie nadawało się do rozmowy na jakimkolwiek poziomie.
Wszyscy pierwszoroczni, jak bywało od stuleci, na widok średniowiecznego, roziskrzonego setkami światełek zamku, wydali z siebie głośne „och!”.
Carmen jak zauroczona wpatrywała się w wieże Hogwartu.
— Nie wyobrażam sobie — powiedziała cicho — jak to jest, że mugole nie potrafią dostrzec czegoś tak niesamowitego.
Usłyszał jeszcze komentarz chłopca, którego wówczas nie znał – Rosevelta.
— Mieli za co walczyć podczas pierwszej wojny.

Stał przed bramą. Po Wielkiej Wojnie broniące Hogwartu mury wzmocniono magicznie i teraz nikt nie mógł się do szkoły dostać niespodziewanie.
Uniósł różdżkę i przymknął oczy, skupiając się na szczęśliwych wspomnieniach.

Jego matka, Caroline, głaskała go po głowie, śpiewając cicho w jakimś obcym języku. Chyba po francusku. Włosy miała rozpuszczone. Niebieskie oczy lśniły, ale on był zbyt mały, by zrozumieć, że to łzy.
Inni w Caroline dostrzegali wyniosłą arystokratkę o nieobecnym, obojętnym spojrzeniu, ale nie Warren. On widział matkę taką, jaką była naprawdę.
Wtedy, kiedy całowała go w czoło na dobranoc, gdy śpiewała zupełnie zwyczajne, francuskie kołysanki.
Kiedyś dał jej bransoletkę, ręcznie zrobioną, ozdobioną muszelkami. Nigdy później nie widział, by ją zdjęła.

Ojciec był jednocześnie obiektem jego nienawiści i miłości, pogardy oraz szacunku. Tylko w tym jednym przypadku chłodna kalkulacja nie pomogła Warrenowi zdefiniować uczuć.
Jako dziecko zawsze marzył, żeby ojciec go przytulił czy powiedział coś dobrego. Choć tak niewygórowane, pragnienie nigdy się nie ziściło.
Przywołał w myślach twarz matki.

— Expecto Patronum — wyszeptał, a z jego różdżki wystrzelił śnieżnobiały wilk.


*

Minerwa McGonagall podniosła się z dyrektorskiego fotela i wyjrzała przez okno. Nie zdziwił jej widok samotnego mężczyzny, idącego w kierunku zamku.
Gdy tylko Warren wybiegł z gospody, ona sama przeprosiła Emily i szybko skierowała się do Hogwartu. Wiedziała, że Warrenowi nie będzie się specjalnie spieszyć i doskonale to rozumiała.
Poprawiła szatę i nienaganny, ciasno spięty kok. Po chwili rozległo się ciche pukanie, wybitnie świadczące o tym, że osoba za drzwiami niekoniecznie chce znaleźć się w środku.
— Proszę wejść — powiedziała McGonagall energicznym głosem, który miał zamaskować dziwne uczucie rezygnacji.

Widziała Warrena w gospodzie, ale tutaj, w mocnym świetle setek świec, widok dawnego ucznia nią wstrząsnął.
Drzwi przekroczył wysoki mężczyzna, który kiedyś na pewno był przystojny.
Brązowe włosy były rozczochrane, orzechowe oczy matowe i pozbawione wyrazu.
Zawsze wyprowadzało ją to z równowagi i karciła Severusa, że pozwolił swoim podopiecznym, by opanowali oklumencję do tego stopnia.
„Czasem może i zamykanie umysłu jest pożyteczne, ale przecież dla takich ludzi tajemnicą są nawet ich własne uczucia” — argumentowała za każdym razem.
Warren był chudszy niż kiedykolwiek, wargi miał zaciśnięte. Dłoń, schowana w połach płaszcza, mocno ściskała różdżkę – tego dyrektorka była pewna.
Minerwa widziała w nim nadal swojego dawnego ucznia – wysokiego, niezwykle zdolnego i silnego, więc obraz, który sobą przedstawiał obecnie, wzbudził w niej smutek.
— Usiądziesz? — zapytała cicho.
Wzruszył ramionami i zajął miejsce naprzeciw. Spoglądał w okno, wyglądając, jak zawsze, na doskonale opanowanego. Minerwa jednak, jako jego długoletnia nauczycielka, dostrzegała więcej niż przeciętny obserwator. Twarz Warrena była nienaturalnie blada, w pozornie obojętnych oczach błyszczała determinacja.
— Jestem tutaj z polecenia Ministra Magii — zaczął oficjalnym tonem, ale dyrektorka przerwała mu ruchem ręki.
— Wiem to wszystko, Warren — powiedziała cicho, uparcie się w niego wpatrując.
— Ach.
Widać z trudem powstrzymał się od kąśliwej uwagi. Nagle zainteresował się swoimi dłońmi. Jej uwadze nie umknęły spojrzenia, rzucane w kierunku drzwi.
— Zamieszkasz w komnatach profesora Slughorna, który akurat jest nieobecny — oświadczyła zmęczonym tonem.
Skinął głową i podniósł się. Unikając jej spojrzenia wziął kufer i ruszył w kierunku drzwi.
— Warren? — Odwrócił się, rękę trzymając na klamce. — Warren... Nikt cię tutaj nie wini.
Spojrzał na nią dziwnie pustym wzrokiem.
— Jasne — mruknął, niemal się uśmiechając, czego dyrektorka nie odwzajemniła.
Oboje zbyt dobrze wiedzieli, ile goryczy i ironii jednocześnie kryło się w tym słowie.

*

Leeann w milczeniu wpatrywała się w otrzymany list. Sowa szkolna ze zniecierpliwieniem latała po pokoju, a Curt, łagodny dachowiec, usiłował ją pochwycić, raz po raz zeskakując z fotela na ziemię i z powrotem.
Wieczorna herbata wystygła, a mimo to Leeann wciąż siedziała na kuchennym krześle, nieświadomie stukając piórem o blat stołu i wpatrując się w kartkę papieru.
List przysłała dyrektorka Hogwartu, Minerwa McGonagall.
Po raz kolejny Leeann przygryzła wargi i w końcu wzięła czysty kawałek pergaminu, myśląc nad odpowiedzią.

Droga Minerwo,
U mnie wszystko układa się bardzo dobrze. Ucieszyłam się z Twojego listu.
Oczywiście rozumiem problem, jakim jest odejście profesora Slughorna. Wiem, co sugerujesz, naprawdę.
Pomogę, rzecz jasna, w miarę swoich możliwości, ale nie wymagaj, bym została nauczycielką w Hogwarcie na stale. Kilka miesięcy – żaden problem, dopóki nie znajdziesz kogoś właściwszego.
Nie chciałam Cię zawieść, ale nie sądzę, by uczenie było moim powołaniem.

Leeann



Miała szczerą nadzieję, że list nie wydawał się niegrzeczny.
Gdyby nie chodziło o Hogwart, nawet nie trudziłaby się nawet pisaniem odpowiedzi. Nie chciała uczyć, rozwiązywać problemów uczniów, a przede wszystkim ponownie oglądać zamku, w którym spędziła siedem lat.
Niestety, z czego doskonale zdawała sobie sprawę, miała dług wobec Dumbledore’a i Minerwy.
Nawet, co uświadomiła sobie z gorzkim uśmiechem, wobec Snape’a.


*

Rosevelt oparł się o kraty i z krzywym uśmiechem obserwował Dawlisha.
Już teraz wiedział, że Plan się sprawdzi. Wystarczy tylko, że stary, naiwny auror nie będzie mógł dalej wytrzymać bez odpowiedzi na kilka strategicznych pytań.
A wtedy postanowi z nim porozmawiać.
A gdy rozmowa się skończy, nic nie będzie takie, jak było obecnie.
Rosevelt pogrążył się w myślach, nie znajdując sobie żadnego bardziej twórczego zajęcia.

Pamiętał, że kiedy poznał Illię, rodzice natychmiast zaakceptowali ten wybór. Podpisali nawet jakąś umowę, która wzbudzała w Rosevelcie obrzydzenie, choć był nieprzytomnie zakochany.
Illia jednak po niedługim czasie okazała się być inną, niż sądził.
Kiedyś gotów był błagać o odrobinę jej zainteresowania, chłodny uśmiech, obojętne spojrzenie. Czuł się jak szczęśliwiec, bo kto nie chciałby być z tak piękną, idealną czarownicą?

Oficjalnie nigdy ze sobą nie zerwali. Nie było żadnych dramatycznych scen, krzyków. Najpierw w niepamięć odeszła perspektywa ślubu, potem, pewnego dnia, Illia po prostu wyprowadziła się z jego mieszkania i nie wróciła. Żeby było zabawniej, on dalej sądził, że ją kocha.
Dopiero po przeszło dziesięciu latach ciągnięcia tej idiotycznej komedii zdał sobie sprawę, jak żałosną był postacią.
Wspomnienia rwały się, daty mieszały i Rosevelt doskonale zdawał sobie sprawę, czego jest to oznaką.

Nigdy nie wybaczył sobie zaklęcia, które rzucił tamtego dnia na Faith. Gdyby chociaż zabił ją w zwyczajny, tak bezbolesny sposób – Zaklęciem Zabijającym.
Tyle że był zbyt słaby.
Potrafił zabić matkę, wmówić sobie, że jej nie kocha, że nie była wystarczająco silna, by oprzeć się ojcu, że to jej wina, iż Rosevelt musiał wybrać tę a nie inną drogę. Udało mu się wykrzesać odrobinę nienawiści, tak niezbędnej do rzucenia Klątwy Zabijającej.
Jednakże, kiedy spojrzał na Faith poczuł, że nie da rady.
Powód był banalny - widział w jej oczach samego siebie, takiego, jakim był, zanim przyłączył się do śmierciożerców.
Czuł się tchórzem, kiedy patrzył na nią.
Ona przecież miała za chwilę zakończyć swoje zaledwie piętnastoletnie życie, a to jemu drżały ręce.
Bał się i jednocześnie nienawidził własnego strachu.
Może właśnie dlatego wyciągnął różdżkę i wykrzyknął najstraszniejsze zaklęcie, jakie znał.
Jedyne, które mógł rzucić, czując nienawiść nie do ofiary, a samego siebie.
Gdy Faith umarła, pierwszy raz, odkąd przystał do Voldemorta, poczuł wahanie. Patrzył na swoją siostrę, którą
(zamordował, do ciężkiej cholery! Którą zamordował!)
którą kochał i nagle to, w co wierzył, straciło sens.
Po co miał iść dalej, skoro wszystko, co miało jakąkolwiek wartość zostało za nim?
Po co dalej zabijać, skoro może po prostu tego nie robić, bez względu na konsekwencje?
Jaki sens miało dążenie do władzy, skoro nagle straciła ona znaczenie?

Ale nie mógł zawrócić, nie mógł porzucić jedynej drogi, którą znał.
(Tchórz!)
Wszystkie swoje uczucia zdeptał tamtego dnia w jedynym miejscu, które kiedykolwiek nazywał domem.


*

Warren stał w bezruchu na Wieży Astronomicznej. Księżyc górował nad Hogwartem, otoczony ciemnymi, burzowymi chmurami.
Zamknął oczy i słuchał, jak flagi czterech domów łopoczą na wietrze.
Nienawidził tego miejsca z całego serca. Hogwart zbyt mocno wiązał się ze wspomnieniami, a wspomnienia były niebezpieczne.
Gdy jeszcze chodził do szkoły, wielokrotnie siadali tutaj z Carmen.
Początkowo w milczeniu patrzyli przed siebie. Później już tylko ona nie odrywała wzroku od horyzontu.
On nie odrywał wzroku od niej.


*


20 grudnia, rok 1986

Carmen siedziała w Wielkiej Sali, kończąc kanapkę z dżemem. W milczeniu przypatrywała się Rogerowi, który pokazywał całemu stołowi Ravenclawu, jak należy łapać znicza. Na jej twarzy pojawił się kpiący uśmieszek, kiedy przesadnie pewny siebie szukający z podniecenia upuścił bułkę.
— Carmen, idziesz na mecz? — zapytała któraś z jej koleżanek.
Dziewczyna bez namysłu pokręciła głową.
„Przynajmniej nie skłamałam wprost” — pomyślała, wstając po chwili. Obdarzyła kolegów uśmiechem, życzyła drużynie powodzenia i wyszła z Wielkiej Sali. Irytek, śpiewając głośno, przelatywał właśnie z flagą Hufflepuffu przez hol. Nietrudno było zgadnąć, że nie ma wobec niej szczytnych zamiarów.
— Śliczne małe puchoneczki
Co nosić mapy powinny przy sobie
Zawieszę wam u flagi dzwoneczki
Byście nie gubiły się w szkole!

Prawie Bezgłowy Nick z dezaprobatą patrzył na Irytka z podnóża schodów, raz po raz ostrzegając, że zawiadomi o wszystkim dyrektora. Poltergeist nie zwrócił na niego uwagi.
Carmen zabrała z dormitorium płaszcz i wyszła na błonia. Na boisku dopiero zaczęli zbierać się kibice.
Dziewczyna otuliła się białym szalikiem i skierowała do części Slytherinu. Uśmiechnęła się na widok Rosevelta, siedzącego obok Leeann i Illi. Obok tej drugiej przynajmniej teoretycznie, jako że Pierwsza Piękność Slytherinu w rzeczywistości zajęta była flirtowaniem z jakimś starszym Ślizgonem.
— Cześć, Carmen — powitał ją Rosevelt przesadnie optymistycznym tonem, udając, że wcale nie patrzy w kierunku Illi.
— Jak się masz? — zapytała Leeann, uśmiechając się radośnie.
— Świetnie, dzięki — odparła.
Nikt nie zdziwił się, widząc, że zajęła miejsce po stronie przeciwników swojego domu.
Mecz wygrali Ślizgoni, co spotkało się z żywym entuzjazmem zielono-srebrnej części publiczności. Carmen, nim ktokolwiek się poruszył, chwyciła torbę i opuściła trybuny. Stanęła przed drzwiami szatni i utkwiła wzrok w dłoniach. Gdy niemal wszyscy zawodnicy opuścili przebieralnię, weszła do środka, za oficjalny powód takiego postępowania przyjmując minusową temperaturę na dworze.
W pomieszczeniu panował zaduch. Na jednej ze ścian wisiało kilka zdjęć, zapewne upamiętniających zwycięstwa, bo Slytherin miał dziwny talent do zapominania o porażkach. Carmen podeszła do fotografii i w milczeniu patrzyła na śmiejących się zawodników, dopóki za jej plecami nie rozległo się kaszlnięcie. Odwróciła się gwałtownie.
— Zdawało mi się, że to męska szatnia — zauważył Warren, uśmiechając się stosunkowo mało ironicznie.
Opierał się łokciem o ścianę, ubrany w brązowy sweter, z płaszczem niedbale przewieszonym przez ramię. Dostrzegł jej spojrzenie, a jego usta wykrzywiły się nieco.
— Będziemy tutaj tak stać? — zapytał. — Nie żebym miał coś przeciwko...
— Och, chodźmy — powiedziała, odrywając się od myśli, które miały niepokojący związek z jego brązowymi oczami. Poprawiła szalik i ruszyła w kierunku wyjścia. — Mam wysłać specjalnie zaproszenie?
Pozwalając sobie na jeszcze jeden ironiczny uśmieszek, Warren ruszył za nią.
— Świetny mecz — powiedziała po chwili obojętnie, na co Ślizgon, jeśli to w ogóle możliwe, rozpromienił się jeszcze bardziej.
— Tak — potwierdził, mierzwiąc sobie włosy. — Ale są tego i minusy. Na przykład impreza, która pewnie już się zaczęła w pokoju wspólnym Slytherinu.
— Och, to zalicza się na minus? — zdziwiła się uprzejmie. — Zawsze uważałam, że należysz do tych imprezowych typów.
— Niewiele o mnie wiesz — pożalił się patetycznym tonem.
— Zawsze mogę się dowiedzieć — odparła, wzruszając ramionami.
— Cóż, jeśliby ci bardzo zależało... — powiedział, udając silne zastanowienie. — Może znalazłbym chwilę.


*



Rosevelt w milczeniu przyglądał się przywieszce, którą otrzymał. Wyryty na niej numer połyskiwał. W ramach naprawiania szkód wojny, Ministerstwo wynajdywało coraz to nowe unowocześnienia.
Teraz był tylko numerkiem. Będą się do niego zwracać: więźniu pięć – pięć – osiem – siedem – sześć - dwa.
Tak najprawdopodobniej było lepiej. Może z czasem zapomną jak się nazywa.
Może z czasem sam zapomni.

Pamiętał, że wielokrotnie zadawano mu pytanie: „dlaczego nie odszedłeś od Voldemorta?”.
Odpowiedź zawsze była identyczna i jednakowo nieprawdziwa: „bałem się”.
Bzdura – nie bał się nigdy, bo doskonale wiedział, że nie ma czego.
Śmierci? Dobre sobie. Czego jak czego, ale śmierci nie lękał się w ogóle.
Bólu? Przeżył zbyt wiele „prób wierności” by obawiać się bólu.
Tortur? Może. Szczególnie, że były to głównie tortury Zaklęciami Wspomnień. Tak. Tortur mógłby się bać.
Że zabiją mu rodzinę? Och, sam przecież to zrobił!
Przyjaciół? Warren by sobie poradził, a Leeann zwykle ochroniliby aurorzy.

Nie odszedł od Voldemorta, bo wiedział, że to niekonsekwentne. Ilekroć tak mówił, ludzie wokoło pukali się w czoło i nazywali go idiotą, że chce umrzeć w imię konsekwencji.
Jednak przysiągł. Bez znaczenia, że złamanie Przysięgi Wierności zwykle równało się śmierci, nawet gdyby tak nie było, jakaś cząstka pozostałego honoru kazałaby mu wytrwać.
Voldemort wiedział, że Rosevelt nie był mu wierny. Musiał to czuć, bo Ślizgon nigdy nie był tak dobrym Oklumentą czy szpiegiem jak Snape. Owszem, potrafił zamknąć umysł, więc Czarny Pan nigdy nie znalazł dowodów jego niewierności, ale nie umiał wmówić Lordowi, że jest lojalny.
Warren to potrafił, choć, paradoksalnie, był w oklumencji od Rosevelta gorszy.
Miał za to nieprzeciętny dar przekonywania.

Rosevelt zamknął na chwilę oczy i nagle koszmary, których, jak sądził, udało mu się pozbyć, powróciły.

Stał na polanie, wokoło zgromadzeni byli śmierciożercy. Był wieczór, na niebie nie lśniła ani jedna gwiazda, kłębiły się za to ciemne chmury. Księżyc nie zdołał się przez nie przedrzeć, a mimo to było nienaturalnie jasno.
Rosevelt stał zgięty w pół ukłonie, nie zdolny spojrzeć Voldemortowi w oczy.
— I znów zadaję sobie pytanie, sługo — zaczął Czarny Pan jedwabistym głosem — jak wytłumaczysz to zajście? Jak dobrą znajdziesz wymówkę? — W jego niesamowicie długich palcach pojawiła się różdżka, Nagini leżała nieopodal. — Moi słudzy donieśli, że stajesz w obronie podopiecznych Dumbledore’a... No i jeszcze zastanawia mnie bardzo, skąd staruszek dowiedział się o moich zamiarach wobec Kamienia...
— Mój panie, ja wszystko wytłumaczę, ja...
— Nie wątpię — przerwał mu Czarny Pan lodowatym głosem, w którym ni stąd, ni zowąd pojawiła się złowróżbna łagodność. — Obawiam się jednak, że będziesz musiał być bardzo przekonujący.
— Mieliśmy wracać, jeśli nie odnajdziemy Anny, mój panie — powiedział, automatycznie blokując umysł, a głosowi nadając obojętne, lakoniczne brzmienie. — Nie chciałem, by cała nasza grupa naraziła się na atak aurorów. Uznałem, że trzeba odwieść Culberta od zamiaru „wyciągania informacji” z tamtej czarownicy...
— Tamtej czarownicy, powiadasz? — Czarny Pan uśmiechnął się zimno. — Była dla ciebie tylko „tamtą czarownicą”?
— Oczywiście, mój panie... — odparł, wiedząc już, że Lord mu nie uwierzy.
— Łżesz jak pies — syknął Czarny Pan.
Podszedł do niego i dotknął różdżką jego skroni. Rosevelt poczuł, jak panika niemal przezwycięża barierę oklumencji. Wiedział, że jeżeli Czarny Pan użyje odpowiedniego zaklęcia i bezpośrednio zaatakuje jego umysł, z życiem pożegna się nie tylko on, ale i Warren oraz Leeann. Niekoniecznie w tej kolejności.
Zaklęcie Cruciatus powitał niemal z ulgą.



komentarze [8]

Rozdział VI
wtorek, 2 października 2007


Bez bety. Nie dedykowane.
Dziękuję wszystkim, którzy wskazali mi błędy w poprzednim rozdziale.

Rozdział VI

Warren z irytacją zatrzasnął walizkę i wyciągnął z paczki kolejnego mugolskiego papierosa. Pomimo śnieżycy wyszedł na zewnątrz. Nie zapinając nawet czarnego płaszcza, owinął wokół szyi srebrno-zielony, ślizgoński szalik. Deportował się tuż za bramą. Chociaż nie miał nic w planach, perspektywa spędzenia Świąt w Hogwarcie nie była zbyt zachęcająca.
Wiedział, że wszyscy zebrani tam ludzie darzą go nienawiścią lub, co najmniej, pogardą. Uniewinniający wyrok sądu nie zmienił ich przekonań. W oczach wszystkich, którzy przeżyli Wojnę, zawsze będzie mordercą, śmierciożercą i kłamcą. Nie istniało zaklęcie, którym mógłby to zmienić.
Aportował się przed Dziurawym Kotłem. Wszedł do środka, strząsając śnieg z włosów. Jeden ze stojących przy barze aurorów obrzucił go pogardliwym spojrzeniem.
Warren usiadł przy stoliku w najciemniejszym kącie pomieszczenia i zamówił kawę.
Ściągnął płaszcz i zawiesił na oparciu, tak jak i szalik. Ubrany był ciemnobrązowy sweter i jeansy, teraz ubłocone na końcach nogawek.
Odchylił się na krześle i zapalił kolejnego papierosa. Nie mógł się doczekać wieczoru, kiedy wreszcie będzie mógł polatać nad Londynem na Błyskawicy.
W ciągu dnia byłoby to mało odpowiedzialne. Rzucenie Oblivate na pół miasta nie należy do zadań łatwych, a raczej niewielu mugoli skłonnych by było uwierzyć, że wszyscy mają takie same halucynacje.
Uśmiechając się do siebie, Warren sięgnął po filiżankę z kawą.

*

Leeann powoli weszła do Dziurawego Kotła, poprawiając rozczochrane włosy i otrzepując płaszcz. Wymieniła uśmiechy z barmanem i rozejrzała się po wnętrzu.
Ich spojrzenia skrzyżowały się na kilka sekund. W jej oczach błysnęło zaskoczenie i złość, jego pozostały obojętne. Odgarnęła z czoła kilka kosmyków i usiadła przy stoliku nieopodal, zamawiając kremowe piwo. Zgasił papierosa w popielniczce i wstał. Zdjął płaszcz z oparcia i podszedł do niej. Bez pytania usiadł na krześle naprzeciwko dawnej przyjaciółki. Na moment ukryła twarz w dłoniach, po czym spojrzała na niego – te kilka sekund wystarczyło, by w jej oczach zagościła bezuczuciowa pustka.
— Czego chcesz, Warren? — zapytała zmęczonym głosem.
— Porozmawiać — odparł cicho.
— O czym? — Jej twarz wykrzywiła się w grymasie niedowierzania. — Naprawdę sądzisz, że mamy jakiś temat do rozmowy?
— Tak, Leeann — potwierdził sucho. — Tak właśnie sądzę.
— Wyrzuty sumienia? – uśmiechnęła się sarkastycznie, zdejmując rękawiczki i kładąc je na stole. — Nie sądziłam, że cię dotyczą.
— Zabawne. To samo myślałem o tobie. — Widział, jak zaciska zęby i zrozumiał, że trafił w dziesiątkę.
— Dobrze. Mów.
Położyła dłonie na stoliku. Rękawy obsunęły się nieco, ukazując oparzone palce. Zawładnęło nim na chwilę poczucie winy. Gdyby nie to wszystko, nie siedzieliby teraz w Dziurawym Kotle, rozmawiając obojętnie, jak obcy ludzie. Rosevelt nie gniłby w Azkabanie. Leigh i Lester mieszkaliby z nim, Warrenem, a nie dziadkami. Pozwolił sobie wypalić na przedramieniu przeklęty Znak, niszcząc w ten sposób całe swoje życie.
— Daj sobie spokój — powiedziała Leeann, bezbłędnie odczytując jego myśli. — Naprawdę nie pasują do ciebie te podniosłe refleksje. Świat nie kręci się wokół ciebie.
— Tak łatwo przyszło ci wszystko przekreślić? — zapytał po chwili z trudem, sam nie do końca wiedząc co ma konkretnie na myśli.
— Nawet nie wiesz, jak łatwo — powiedziała i podniosła się.
Nie spojrzał na nią, wciąż siedział w bezruchu, w milczeniu bawiąc się mugolską zapalniczką.
W końcu również wstał. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy w bezruchu, aż w końcu Leeann potrząsnęła głową i zarzuciła płaszcz na ramiona. Bez słowa zdjęła z dłoni srebrną bransoletkę, którą kiedyś dał jej na Gwiazdkę, i położyła ją na stole. Nie zapinając nawet peleryny wyszła z Dziurawego Kotła.
Warren opadł na krzesło i przez chwilę patrzył na pozostawioną biżuterię. Po chwili wyjął kolejnego papierosa i zapalił go, zamawiając dużą Ognistą Whisky. Wrócił do swojego stolika, zabierając bransoletę i czyniąc jakże słuszne, w jego mniemaniu, postanowienie, że upije się do nieprzytomności. Świeca na stoliku powoli zmniejszała się, tak jak i zawartość jego portfela.
Ktoś odchrząknął i Warren niechętnie podniósł głowę. Poznał od razu Murry’ego Harrisa, dawnego kolegę z roku. Murry był niesamowicie wysokim czarodziejem, o wystających kościach policzkowych i przenikliwych oczach w kolorze avady, których spojrzenie świadczyło o nieprzeciętnej inteligencji. Mężczyzna uniósł brwi, z dezaprobatą patrząc na kolegę.
— Co, Warren, dziewczyna cię rzuciła? — Wskazał głową na bransoletkę, która leżała na stoliku. Warren obrzucił ją dziwnym spojrzeniem i spojrzał na Murry’ego, uśmiechając się sardonicznie.
— Dziewczyna? Człowieku... — Zgasił papierosa w popielniczce. — Żadna by mnie nie rzuciła. — Wykrzywił wargi w nędznej imitacji uśmiechu.
Niezrażony malującą się na twarzy kolegi niechęcią, Murry usiadł na krześle naprzeciwko i oparł ręce na stoliku.
— To była Lee, prawda?
— Któżby inny — mruknął Warren, długim palcem szturchając bransoletkę.
— Zawsze uważałem, że przesadza — oświadczył Murry. — Ona i Rosevelt nieźle do siebie pasują. Oboje ze skłonnościami do dramatyzowania. — Jego twarz wykrzywiła się w charakterystycznym grymasie.
— Chyba tak — odparł nieobecnym tonem Warren, gasząc i zapalając zapalniczkę. Nie poczuwał się do obowiązku bronienia przyjaciół przed słowami Murry’ego.
— Ona jest irytująca — ciągnął swoje przemyślenia Murry. — Cóż, Ślizgonką została chyba tylko z powodu ambicji, bo charakter ma szablonowo puchoński. — Zamyślił się, pocierając brodę. — Brakuje jej Rosevelta.
— Też tak sądzę — rzucił beznamiętnie Warren, obserwując barmana, krążącego po sali.
— Ludzie tak się zmieniają — oświadczył filozoficznie Murry, a Warren pomyślał, że taki sentymentalny niegdyś robił się tylko po butelce Ognistej Whisky. — W Hogwarcie byliście najbardziej beztroskimi osobami, jakie znałem. A teraz...
Jego wargi wykrzywiły się nieznacznie. Warrenowi nagle przypomniał się widok Anny, dziewczyny Murry’ego z czasów szkolnych, leżącej w szpitalu św. Munga. Z trudem przełknął ślinę i schował książkę do torby. Nie rozmawiali na ten temat, Murry nigdy ich nie winił, a mimo to niemal zapomniane wyrzuty sumienia dały znów o sobie znać.
— Dlaczego, Warren, gnijesz na tej swojej nudnej posadzie w Ministerstwie? Z takimi wynikami Owutemów mógłbyś zostać niemal każdym... — powiedział Murry, najwidoczniej nieświadomy zmiany nastroju Warrena.
— Chyba lubię tę pracę — skłamał beznamiętnie.
— Gryzie cię to, nie? — zapytał nagle Murry, zmieniając temat. — Gryzie cię, że Rosevelt wziął na siebie winę. — Warren spojrzał na niego z miną, w której zaskoczenie mieszało się z tak charakterystyczną obojętnością.
— Być może. — Wyjął z portfela galeona i położył na stoliku. — Ale to nie mój problem — dodał sucho, z niemałym wysiłkiem zachowując spokojny wyraz twarzy. — Nie prosiłem go o to.
— Oczywiście, że nie. Rosevelt zawsze robił, co chciał. Sądzę, że wziął na siebie winę nie tylko dlatego, żebyś był wolny. Myślę, że bawiła go myśl o wykiwaniu po raz setny aurorów i wciśnięciu im kitu. — Murry uśmiechnął się sarkastycznie. — A tamci połknęli haczyk. Może i tak jest lepiej. Masz te swoje dzieciaki, którymi musisz się opiekować, a Rosevelt nie ma nic. Sam zresztą tego chciał.
Warren podniósł się i zarzucił płaszcz na ramiona.
— Miło było cię spotkać — oświadczył sucho. Sprawiał wrażenie, jakby żadne ze słów Murry’ego do niego nie trafiło. — Trzymaj się, stary — dorzucił na odchodnym, a choć jego twarz pozostała jak wykuta w kamieniu, w umyśle panował chaos większy niż kiedykolwiek wcześniej.


*

Leeann wcisnęła dłonie do kieszeni i, nie zapinając nawet płaszcza, ruszyła do domu. Następnego dnia miało się odbyć przyjęcie wigilijne uzdrowicieli ze św. Munga. Nie była specjalnie rozentuzjazmowana tą myślą, ale zdawała sobie sprawę, że powinna się zjawić. Kłótnia z Warrenem nie wstrząsnęła nią tak, jak można by się spodziewać. Chociaż tamten dzień - nawet w myślach nie mogła wymówić dokładnej daty - pozbawił ją większości dawnej pewności siebie i ambicji, wciąż umiała sobie radzić z własnymi emocjami.
Wkroczyła do mieszkania, zostawiając buty w przedpokoju, i wyszła w kapciach i płaszczu na balkon. Kot przenikliwie miauczał nad pustą miską, ale Leeann nie zwracała na niego uwagi. Wyciągnęła paczkę papierosów – znienawidzony nałóg nabyty podczas sesji egzaminacyjnych – i zapaliła jednego. Była wściekła. Na Warrena, na Rosevelta, na Sandersa, na przemiłego szefunia i wszystkich innych.

Gdzieś nieopodal rozległ się huk grzmotu. Leeann zgasiła na balustradzie niedopałek i weszła do mieszkania.
Z postanowieniem, że zacznie wszystko od nowa, zaparzyła cappucino i zapaliła światło w niewielkiej pracowni. Ciemnozielone ściany przywołały delikatny uśmiech na jej twarz. Wszystko w pomieszczeniu było starannie ułożone, perfekcyjne do ostatka. Rzuciła płaszcz na wieszak i założyła ciemną szatę. Włosy spięła w bezładny kok i usiadła w fotelu. Przez krótką chwilę masowała dłonie, a potem wyciągnęła z szafy opasły tom eliksirów. Zajęła się ważeniem eliksiru Bezsennego Snu, nazbyt dobrze zdając sobie sprawę, że nie zdąży do wieczora.

*

- Schowaj się, Leeann! Uciekaj!
- Mamo, nie!
- Uciekaj, na Boga! Póki jeszcze jest czas!
Huk wyważonych drzwi.
- Tato!
- Uciekaj, Leeann, nic mi nie będzie!

- Avada Kedavra!

- Córeczko, uciekaj, schowaj się do piwnicy, szybko!
- Nie, proszę, nie, nie, nie, nie!
- Na co czekacie, tchórzliwi mordercy?! Expel...

Mamo!

- Avada Kedavra!



*

Rosevelt siedział w bezruchu pod ścianą celi. Wzrok utkwił w podłodze, po której powoli zmierzał pająk. Czuł się znudzony, a wiedział, jakie to niebezpieczne. Od tego uczucia do rezygnacji jest bardzo niedaleko.

Stali w trójkę przed drzwiami gabinetu Severusa Snape’a.
— Naprawdę uważasz, że to się uda? — zapytał Warren, a Lee spojrzała na niego z irytacją.
— Słuchaj, jak coś ci się nie podoba, droga wolna. Możesz iść.
Oczywiście żaden z nich się poruszył. Leeann wyjęła różdżkę i wyszeptała inkantację.
— Skąd wiesz, jak włamać się do tego gabinetu? — zapytał Rosevelt, gdy drzwi drgnęły i zaczęły się otwierać.
Leeann tylko uśmiechnęła się pogodnie i pospiesznie weszła do środka. Zapaliła machnięciem różdżki świecę i zaczęła przeglądać starannie uporządkowaną zawartość szuflad.
— Przypomnij mi — odezwał się Warren — co nas skłoniło do narażania się na gniew Nietoperza?
— Chcesz, żeby Gryfoni dostali szlaban? — zapytała sucho, uśmiechając się przebiegle. — W dzień meczu?
— A kto by nie chciał — powiedział rozmarzonym głosem.
— No więc właśnie. — Rozbebeszyła kilka składników na podłodze.
— Jeśli się wyda... — zaczął Rosevelt, a Leeann spojrzała na niego krzywo.
— Gdyby się wydało, nie zasługiwalibyśmy na miano Ślizgonów.
Zostawiła na biurku dwa rude włosy zebrane z szaty Charliego Weasley’a.
— Idziemy. Szybko.
Wyszli z gabinetu, a Leeann zamknęła drzwi. Wbiegali właśnie po schodach, gdy za ich plecami rozległ się odgłos kroków.
— Cholera. To chyba woźny.
Na chwilę zamarli, aż w końcu Rosevelt uniósł różdżkę i wyszeptał jakieś zaklęcie.
Po drugiej stronie korytarza drzwi zamknęły się z trzaskiem, a zatrzymana osoba zaklęła szpetnie. Rzucili się biegiem do wieży Gryffindoru, uważając, by nie przyciągnąć uwagi Irytka, malującego drzwi Wielkiej Sali na różowo.
Przynajmniej mieli za sobą szok, który następnego dnia miały przeżyć setki uczniów zmierzających na śniadanie.
Dotarli do portretu Grubej Damy. Leeann z dumnym uśmiechem wyjęła z kieszeni szaty listę haseł.
— Złocisty gryf — powiedziała, a portret odsłonił wejście. Weszli do Pokoju Wspólnego i skrzywili się jednocześnie.
— Chryste. Co za ohydna kolorystyka — mruknął Warren, patrząc z pogardą na ogniście czerwone kanapy i dywany.
Cała trójka wspięła się po schodach do dormitorium chłopców. Uchylili jedne z drzwi i wkroczyli do sypialni. Warren wziął od Leeann skradzione składniki eliksirów i umieścił pod łóżkiem Charliego Weasley’a. Po chwili wycofali się z radosnymi uśmiechami. Na korytarzu jednak zaczęły się kłopoty.
— Co wy tu robicie? — rozległ się piskliwy głos jakiegoś pierwszoklasisty.
Nim Rosevelt zdążył pomyśleć, jak zareagować, Leeann wyciągnęła różdżkę i wyszeptała Zaklęcie Zapomnienia. Chłopiec spojrzał na nich zdziwionymi, niebieskimi oczami.
— Wrócisz do swojego pokoju — nakazała Leeann monotonnym, usypiającym głosem. — Kiedy rano się obudzisz, zapomnisz, że tu byliśmy i że ruszałeś się z łóżka. Dobranoc. — Gryfon skinął głową i skierował się do drzwi swojego dormitorium.
Po tym incydencie cała trójka opuściła wieżę Gryffindoru i zaczęła schodzić po schodach. Udało im się uniknąć spotkania z Prawie Bezgłowym Nickiem, który unosił się piętro wyżej. Irytek kończył swoje dzieło, domalowując jaskrawo niebieskie motylki na drzwiach.
— Nie wiem, czy Ślizgoni to jutro przeżyją — powiedział cicho Warren, wskazując głową na wejście do Wielkiej Sali — ale Gryfonki będą pewnie zachwycone.

Następnego dnia o poranku cała szkoła przeżyła szok związany z kolorystycznym urozmaiceniem jadalni. Tylko Albus Dumbledore sprawiał wrażenie zachwyconego, pofatygował się nawet do swojego gabinetu, by przebrać szatę na różową w czerwone gwiazdki.
Severus Snape, zniesmaczony i w wyjątkowo złym humorze, ignorując uwagę dyrektora, jakoby świetnie wyglądał na tle różowych drzwi, odjął każdemu z domów [prócz, rzecz jasna, jego własnego] po kilkadziesiąt punktów.
W kilka godzin później Mistrz Eliksirów zatrzymał na chwilę trójkę swoich podopiecznych.
— Nie lubię, kiedy ktoś grzebie mi w gabinecie — syknął tak cicho, że tylko oni zdołali go usłyszeć. Na jego twarzy pojawił się sarkastyczny uśmieszek. — Nie pomyślała pani — zwrócił się do Leeann — że łatwo odgadnę, że Gryfoni nie mogli włamać się do moich komnat? Nie wątpię w ich inteligencję — skrzywił się, jakby chciał okazać, że w rzeczywistości wątpi szczerze — ale piątoroczni nie są do tego zdolni. Szczególnie piątoroczni z domu Lwa — dodał ironicznie. — Macie w trójkę posprzątać salę eliksirów w środę, jako karę za niedopracowanie waszego planu.
Po tych słowach skierował się do wieży Gryffindoru. Wyszedł stamtąd po chwili, z niemal sadystyczną radością wyprowadzając Charliego Wesley’a na korytarz i wlepiając mu szlaban za coś, czego, jak wiedział doskonale, szukający Gryffinoru nie zrobił.
Oczywiście przez przypadek data kary pokrywała się z półfinałem Pucharu Domów w Quidditch’u.
Półfinałem, którzy rozradowani Ślizgoni wygrali wynikiem dwieście do dwudziestu.
A trójka przyjaciół, wówczas tak zgranych, gratulowała sobie geniuszu.

*

Warren przez krótką chwilę obserwował pociąg, stojący na peronie. Dłonie wcisnął do kieszeni płaszcza. Wsiadł do ostatniego wagonu i zajął pierwszy wolny przedział. Oparł czoło o zimną szybę i zamknął oczy.


Znów śniła mu się tamta noc.
Siedział na błoniach, kiedy zobaczył postać, zmierzającą do Zakazanego Lasu. Rozpoznał Rosevelta i zrozumiał, dokąd zmierza. Nie poruszył się, by go zatrzymać. Nie krzyknął, nie zawołał.
Z pozorną obojętnością patrzył, jak przyjaciel podąża ścieżką, której tak się brzydził. Pomimo iż Voldemort zniknął, na wolności zostało wielu jego sługusów. Werbowali nowych, wierząc, że Mistrz powróci i wynagrodzi ich ponad wszelkie wyobrażenie.

Sam dołączył do nich, kiedy zginęła Caroline. Pomyłka, twierdził Dumbledore. Błąd.
Łgarstwo.
Caroline była ofiarą, którą Dobra Strona musiała ponieść. Miał wtedy siedemnaście lat.
Pamiętał jej spojrzenie, kiedy po raz ostatni widzieli się w wakacje.
Umarła, bo Dumbledore był w stanie poświęcić wszystko, byle tylko mały Potter przeżył.
Cóż z tego, że Warren został sam? Bez rodziny, bez kogokolwiek? Zawsze liczyły się tylko Genialne Plany Dyrektora.
Płakał wtedy po raz ostatni. Stojąc na schodach werandy i trzymając nieruchome ciało matki, która umarła, bo zaufała Dumbledorowi.
Która umarła, bo on przybył o minutę za późno.

Tamtego roku jaśminy zakwitły, by w dwa miesiące później uschnąć zupełnie, a Warren wyciągnął rękę, by Lucjusz Malfoy przyjął jego przysięgę wierności.
W trzy lata później Voldemort nakazał Quirrellowi by wyrył na jego przedramieniu Mroczny Znak.
Siedem minęło, nim Czarny Pan powrócił.
Ponad osiem upłynęło do chwili, gdy Severus Snape wyciągnął różdżkę, by nad Największym Czarodziejem Wszechczasów wymówić dwa straszne słowa.

Dopiero wtedy, kiedy zobaczył, jak ciało Dumbledora jest składane w trumnie, poczuł, że pragnie łez. Pragnie znów szlochać rozpaczliwie, podczas gdy dyrektor będzie mu tłumaczył, że musi być silny, że matka go potrzebuje, a ojciec kocha, i że musi pogodzić się ze śmiercią innych członków rodziny, bo nic nie wróci im życia.
Podążył swoją własną ścieżką, idealnie gładką, choć tak zdradliwą. Tę kamienistą zostawił silniejszym, bo był tylko tchórzem.
[Przestraszonym dzieckiem, które doświadczyło zbyt wiele zła od tych, którzy mieli być dobrzy.]
A kiedy doszło do ostatecznego starcia, Ostatniej Bitwy, zrozumiał, że nie pozbędzie się przeszłości. Nie wytnie ubiegłych dziesięciu lat z życiorysu i będzie musiał nauczyć się żyć z własnymi błędami.
Pozostało mu tylko jedno uczucie – obojętność.
Tak było lepiej.

Łatwiej.

*

Rosevelt stał, w bezruchu, oparty o kraty, ze wzrokiem utkwionym w oknie.
Uderzyła go monotonność wszystkiego, co działo się wokół.
Płatek za płatkiem, bezdźwięcznie uderzające o ziemię. Szum wiatru i morza, fal uderzających o skały.

Po ścianie naprzeciw leniwie przebierał nóżkami pająk, zmierzając do cieplejszego zakamarka pomieszczenia. Dla niego to miejsce było domem, który będzie mógł opuścić na wiosnę.
Dla Rosevelta było więzieniem, którego prawdopodobnie nie będzie mógł opuścić nigdy.
Szare oczy pozostawały bez wyrazu, niemal chłodne. Dłonie nosiły ślady dawnych i nowych ran. Twarz wychudzona, a mimo to w jakiś dziwny sposób niezwykła w swej zaciętości i uporze.
Skoro Rosevelt postanowił wytrwać, to się nie podda.
Będzie ciągnął tę żałosną egzystencję, póki tylko starczy mu sił.
Choćby dlatego, że śmierci się nie bał, a dalszego życia owszem.
„Ty cholerny tchórzu!”


*

Leeann założyła ciemnogranatową suknię i przejrzała się w lustrze. Na dłonie naciągnęła eleganckie, znienawidzone rękawiczki. Obrzuciła ponurym spojrzeniem kota, siedzącego na fotelu. Założyła płaszcz i wyszła z domu.
Przygotowania do świąt trwały w Londynie w najlepsze. Nie sposób było nie dostrzec gałązek sosnowych, którymi sklepikarze przyozdabiali wielkie szyldy. Wszystko migotało radośnie, tysiące zaczarowanych elfów połyskiwało nad Pokątną. Gospody były zapełnione osobami, które chciały spotkać się ze znajomymi i jeszcze przed świętami złożyć im życzenia.
Leeann czuła zdenerwowanie - nie znosiła przyjęć bożonarodzeniowych. Wyjęła z torebki zapalniczkę i papierosa, przeklinając samą siebie, że wróciła do tego nałogu. Doszła do punktu teleportacyjnego i znikła z trzaskiem.
Rezydencja Cufflerów jak co roku wyglądała olśniewająco. Leeann mimowolnie skrzywiła się na widok srebrzystych motylków, latających ponad ścieżką. Piasek, którym wysypana była dróżka, połyskiwał. Nienaturalnie duże płatki śniegu zwisały z zaczarowanych, kwitnących jaśminów.
Leeann dotarła do wielkiego balkonu. Pokryta soplami lodu, posrebrzana balustrada mieniła się odcieniami różu i błękitu.
Czując się coraz gorzej, szczególnie, że do wystroju dołączyły jeszcze kolorowe elfy, rozrzucające kwiatuszki, Leeann poprawiła włosy i zapukała do misternie zdobionych, wielkich drzwi. Na balkonie było dosyć ciepło, a pomimo to wstrząsały nią dreszcze. Leeann zdążyła jeszcze zobaczyć białego, puchatego liska biegnącego po balustradzie, nim doszła do wniosku, że rezydencja jest jeszcze bardziej koszmarna niż zwykle.
Otworzył jej kelner, zabrał płaszcz i wskazał drogę. Wnętrze było tak przytulne i ciepłe, że Leeann poczuła gwałtowną pokusę, by uciec stamtąd jak najszybciej. Minęła drewniane schody, przyozdobione sosnowymi gałązkami, i weszła do wielkiej sali, w której roiło się od ludzi. Sufit przypominał ten hogwardzki, podłoga wykonana była z miliona pereł i powleczona nietłukącym się szkłem.
— Leeann! Jak miło, że się zjawiłaś! — powiedział jej szef radośnie, na co niegdysiejsza Ślizgonka zmusiła się do uśmiechu. Mężczyzna przywitał się z nią wylewnie. — Pani domu jest obecnie zajęta, więc choć ze mną...
— Mnie również miło — odparła słabo.
Szef natychmiast zabrał ją ze sobą, by przedstawić dziesiątkom ludzi, których imion nigdy nie miała zapamiętać.

Leeann wyminęła ostatnią nowopoznaną kobietę i skierowała się na pobliski balkon. Roiło się tam od ludzi popijających szampana w przepięknych kieliszkach lub tańczących smętnego walca do granego przez pianistę utworu. Oparła łokcie o balustradę i z milczącym obrzydzeniem obserwowała różowawego liska, tarzającego się w magicznym śniegu.

*

W Hogsmeade padał śnieg z deszczem. Warren wysiadł z pociągu, kiwając głową konduktorowi. Wziął swoją skórzaną, lekko podniszczoną walizkę i ruszył do Trzech Mioteł dochodząc do wniosku, że na odwiedzenie Hogwartu ma jeszcze mnóstwo czasu.
W środku było zaledwie kilka osób, w większości mieszkańców wioski. Warren usiadł przy stoliku i zamówił herbatę z miodem. Sączył ją w milczeniu, przyglądając się wszystkim obecnym we właściwy sobie, oceniający sposób. Dostrzegł Minerwę McGonagall, popijającą czerwone wino i żywo dyskutującą z jakąś postawną kobietą, której nie znał.
Czuł wyrzuty sumienia ilekroć widział kogokolwiek, kto przypominał o przeszłości. O składanych po tysiąckroć przysięgach:
‘Kocham cię mamo, nie dam cię skrzywdzić...’
‘Wiesz, tato, że nigdy nie podążę Tamtą Drogą...’
‘Tatuś niedługo zabierze was do domu.’


Warren wstał gwałtownie, filiżanka spadła na ziemię i rozbiła się na tysiące kawałeczków. Monety upadły na stolik, a w barze nagle zapadła cisza. Nim ktokolwiek zdążył zdać sobie sprawę, co właściwie się stało, mężczyzna chwycił płaszcz i wybiegł z gospody, z hukiem zatrzaskując drzwi.
Minerwa McGonagall urwała wypowiedź w pół słowa i w milczeniu patrzyła w ślad za swoim uczniem. Z jej twarzy zniknął uśmiech, dłonie zacisnęły się konwulsyjnie. Targały nią sprzeczne uczucia – nienawiść pomieszana z litością, współczuciem i irracjonalnym poczuciem winy.


- To są mordercy, Albusie!
- To dzieci, Minerwo.




komentarze [10]

Rozdział V
piątek, 7 września 2007


Bez bety, więc może być koszmarnie, ale nikogo nie mogłam znaleźć. Proszę o wytknięcie błędów i krytykę.
Dedykacja dla wszystkich, którzy zdołają doczytać ten niekrótki rozdział do końca.

Rozdział V


Za jego plecami rozległ się huk towarzyszący zamykaniu bramy. Otulił się czarną szatą, wdychając mroźne powietrze. Zimowa pogoda nie wpływała korzystnie na jego nastrój, tak jak i świadomość, że następne kilka godzin musi spędzić wśród ludzi, którzy darzą go w najlepszym przypadku obojętnością.
Dotarłszy do granic rezydencji, zniknął nagle, obracając się wokół własnej osi z imponującym machnięciem peleryny.
Kiedy zegar zabił osiem razy, zatrzasnął za sobą drzwi niemałego gabinetu. Bladoniebieskie ściany nie dodawały pomieszczeniu przytulności. Za oknem padał śnieg.
Usiadł przy wielkim, mahoniowym biurku i rzucił na nie torbę. Nie zdjąwszy nawet peleryny, sięgnął po filiżankę z kawą i popił nią eliksir na ból głowy. Odchylił się w fotelu i wpatrzył w zdjęcia zawieszone na jednej ze ścian. Nieme postacie uśmiechały się do niego promiennie. Z trudem oderwał od nich wzrok i zaczął przeglądać dokumenty dotyczące Hogwartu. Ktoś zapukał do drzwi.
— Otwarte — oświadczył, nie podnosząc głowy.
Do środka weszła sekretarka.
— Minister do pana — powiedziała kobieta lekko drżącym głosem.
„Czy naprawdę jestem taki przerażający?” – pomyślał Warren, uśmiechając się ironicznie w duchu.
— Niech wejdzie — polecił sucho.
Nie wiedział, dlaczego minister go po prostu nie wezwał.
Chwilę później w drzwiach ukazał się wysoki, czarnoskóry mężczyzna. Warren wstał, spoglądając na niego z nieukrywanym chłodem i wskazał fotel przed biurkiem.
— Proszę usiąść, panie ministrze — powiedział gładko, siląc się na uprzejmy ton.
Gdy zajęli miejsca naprzeciwko, przez krótką chwilę mierzyli się spojrzeniami. Pomimo jawnej wrogości rozmówcy, twarz Warrena pozostała zupełnie obojętna, tak jak i oczy.
— Jak pan zapewne wie, na nowego dyrektora Hogwartu wybrana została Minerwa McGonagall — zaczął minister chłodnym, profesjonalnym głosem. — Jako członkowi komisji zlecam panu odwiedzenie Hogwartu i skontrolowanie postępów związanych z doborem nowych członków grona pedagogicznego. Rzetelny i konstruktywny raport ma się znaleźć na moim biurku za dwadzieścia jeden dni.
Mężczyzna wstał, najwyraźniej chcąc jak najszybciej opuścić pomieszczenie. Zmierzył podwładnego przeciągłym spojrzeniem, nie będąc w stanie całkowicie ukryć pogardy malującej się w oczach.
— Niedługo są święta — oświadczył sucho Warren, również się podnosząc i poprawiając koszulę.
— Zapomniałbym. Ma pan jakieś plany? — zapytał minister, a w jego głosie zabrzmiała zakamuflowana nuta ironii. — Jeśli tak, mogę przedłużyć termin.
— Nie — odparł cicho Warren. Jego twarz wciąż nic nie wyrażała, choć oczy ciskały błyskawice. — Nie mam żadnych planów. Nie sądzę jednak — uśmiechnął się sardonicznie — bym był tam mile widziany.
— Wszystkie postępki mają swoją cenę — odparł beznamiętnie minister i wyszedł, zbyt głośno zatrzaskując za sobą drzwi.
— Pięknie powiedziane — powiedział do siebie Warren, a przez jego twarz przemknął ledwie dostrzegalny grymas gniewu.

*

Rosevelt podszedł do krat i oparł się o nie, całkowicie ignorując dementorów. Przestali mieć na niego wpływ, ponieważ odebrali niemal wszystkie dobre wspomnienia i prawie całą duszę. Dalszą drogę ku szaleństwu musiał przebyć sam.
Pomiędzy celami kroczył auror. Co jakiś czas sprawdzano, czy któryś z więźniów się nie wymknął. Podczas wojny z Voldemortem mnóstwo dementorów opuściło stanowiska. Powróciło zbyt niewielu, by upilnować wszystkich więźniów.
Kiedy jeden z aurorów mijał jego celę, Rosevelt chwycił go za rękaw. Mężczyzna wyszarpnął się z obrzydzeniem
— Czego? — zapytał zimnym głosem.
Rosevelt całkowicie zlekceważył jego ton; zdążył się przyzwyczaić do bycia tak traktowanym.
— Który dzisiaj jest?
Pytanie to miało dla niego niemałe znaczenie. Nie chciał umierać jako szaleniec, poddając się bezwolnie śmierci, a wiedział, że jeśli czas straci dla niego znaczenie, po jakimś czasie nie będzie się liczyć nic.
— Piętnasty grudnia — odparł mężczyzna, przyglądając mu się z pewnym zdziwieniem. — Jak długo tu jesteś?
— Od Wielkiej Bitwy. — Rosevelt uśmiechnął się ze znużeniem.
— To długo — powiedział tamten, wciąż nie odrywając wzroku od oczu więźnia.
Z ponurym uśmiechem Rosevelt wrócił pod ścianę. Piętnasty, powtórzył w myślach. Wtedy też był piętnasty. Huk grzmotu przetoczył się za oknem. Roseveltem wstrząsnął dreszcz, nie mający nic wspólnego z panującym w celi chłodem.

*

Leeann gwałtownie otworzyła drzwi i opuściła gabinet. Na jej twarzy malowała się nieskrywana nienawiść.
Szła szybko korytarzem, mijając narzekających pacjentów. W myślach znów analizowała całą rozmowę.
— To ważne, musi pani zrozumieć. — Uzdrowiciel wpatrywał się w nią uważnie. — Nie cofnie pani czasu, a ci ludzie nie są już pani przyjaciółmi. Wystarczy jedno zeznanie. Wiem, że kłamała pani wtedy, w sądzie. Nie udowodnię tego, ale... — urwał. — Podejrzewam, że tamten człowiek był mordercą mojej żony, a został uniewinniony z powodu łgarstw...
— Jak pan śmie — syknęła, wstając z fotela i mierząc kolegę z pracy gniewnym wzrokiem. — Moje zeznania były najzupełniej szczere, składane pod przysięgą — wycedziła, opierając dłonie na biodrach.
Fakt, iż przysięga znaczyła dla niej tyle, co nic, zręcznie pominęła. Mężczyzna patrzył na nią z uniesionymi brwiami.
— Ciekawe, za co przyjęli cię do Slytherinu – warknął, nie zauważając nawet, że zwraca się do niej na ‘ty’. — Zero przebiegłości, a lojalność wobec przyjaciół iście gryfońska. — Leeann poczuła, jak czerwieni się ze złości.
— Ma pan mylne wyobrażenie o świecie — powiedziała. — Już dawno temu Slytherinowi przypięto plakietkę „zły i kłamliwy", a Gryffindorowi „szlachetny i lojalny". Widać pan należy do tych ignoranckich ludzi, którzy widzą wszystko w kolorach czarno-białych. — Na jej twarzy pojawiła się pogarda. — Postaram się prowadzić rozmowę na pana poziomie. Czemu byłam Ślizgonką? Sądzę, że zna pan odpowiedź. Za to ja nie wiem, czemu pan był Krukonem. Mądrość — prychnęła, impertynencko patrząc mu w oczy – też coś!

Wciąż wściekła, Leeann weszła do jednej z sal, poprawiając żółtozieloną szatę. W pomieszczeniu znajdowały się trzy osoby, łóżka dwóch otoczono parawanami. Leeann podeszła do pacjenta, którego twarz pokryta była ciemnoczerwonymi plamami o średnicy mniej-więcej cala. Mężczyzna miał jasne, posklejane potem włosy i zasnute mgłą, niebieskie oczy.
— Jak się pan czuje, panie Ricardes? — zapytała, przeglądając kartę.
— Nienajlepiej — stwierdził, krzywiąc się nieco. — Strasznie swędzi. — Wskazał na plamy.
— Domyślam się — rzuciła, uśmiechając się dosyć łagodnie. — Warzenie eliksiru Zdrowej Cery bez dostatecznego doświadczenia nie jest najlepszym pomysłem.
— Tak, zauważyłem — odparł.
Na jego twarzy malowało się zakłopotanie. Leeann wyszła na chwilę z sali do sąsiedniego gabinetu i przyniosła maść w ciemnozielonym opakowaniu. Delikatnie rozsmarowała ją na co większych plamach, po czym spojrzała na pacjenta uważnie.
— I proszę więcej nie ścierać maści prześcieradłem, z łaski swojej — poleciła chłodno. — Albo przynajmniej nie przekonywać mnie, że nawet pan jej nie dotykał — dodała, widząc, że pacjent zaraz rozpocznie długie tłumaczenia.
Do szklanki wlała odrobinę gęstego eliksiru i podała Ricardesowi.
— W przeciwnym wypadku będę zmuszona związać panu ręce. — Uśmiechnęła się niemal złośliwie. — Miłego dnia.

W drzwiach zatrzymała się gwałtownie. Widok szefa zwykle przyprawiał ją o dreszcz strachu. Wysoki, barczysty mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu niebieskich oczu wiedział o wszystkim, co dzieje się w szpitalu. Część pracowników odnosiła irracjonalne wrażenie, że są cały czas obserwowani. Leeann przełknęła ślinę, domyślając się, czego może dotyczyć rozmowa.
— Dzień dobry — powiedział mężczyzna pogodnie, uśmiechając się do niej.
— Dzień dobry — odparła ostrożnie, gdy uzdrowiciel objął ją ramieniem i siłą wyprowadził na korytarz.
— Nie będę owijać w bawełnę. Scena, którą urządziła pani w gabinecie Sandersa...
— Ja nie urządzałam żadnych scen! – przerwała mu ze złością, odgarniając włosy z twarzy. — To ten facet ma jakieś chore urojenia... — Pochwyciła wzrok mężczyzny. — Przepraszam. Proszę mówić dalej.
— Nie wiem, co doprowadziło to takiego zachowania, zwykle ceniłem pani subordynację. W każdym razie uważam, że powinna pani odpocząć. — Zignorował jej krzywy uśmiech. — Najprościej rzecz ujmując, ma pani dwa tygodnie wolnego. To propozycja nie do odrzucenia. Może po powrocie będzie się pani zachowywałała lepiej.

Pomimo że nie miała najmniejszych wyrzutów sumienia, pomyślała, że wypadałoby wytłumaczyć jakoś wydarzenie sprzed kilkunastu minut. Przynajmniej tak nakazywałaby etykieta. Noblesse oblige.*
— Nieważne — powiedział uzdrowiciel, jakby czytał w jej myślach. — Dajmy temu spokój. Miłego odpoczynku.
— Dziękuję.
Odwróciła się i skierowała do szatni dla pracowników. Zarzuciła czarny płaszcz na ramiona i skierowała się do wyjścia. Padał śnieg. Ze znużeniem skonstatowała, że nadchodzą Święta. Wcześniej starała się tego nie dostrzegać, dwudziesty piąty grudnia od jakiegoś czasu wcale nie był dla niej miłym dniem.
Wbrew samej sobie pomyślała o Rosevelcie. Spędzi ten czas w celi, spoglądając w okno lub wspominając. Był silny, pomimo że wszyscy w niego wątpili.
Usiadła na drewnianej ławce, naciągając na dłonie rękawiczki. Do pewnego czasu niepełna sprawność przeszkadzała w pracy, ale potem przestało to być jakąkolwiek barierą.
Wpatrując się w śnieg popadała coraz bardziej w melancholię, wracając do starych wspomnień.


Był dwunasty listopada, roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego. W dwadzieścia dni później miała zostać uprowadzona przez śmierciożerców. Światło księżyca przedzierało się przez białe zasłony, obrzucając pokój srebrzystą łuną. Ocknęła się nagle ze snu, zaciskając ręce na pościeli. Automatycznie przesunęła dłonią po szafce nocnej, poszukując różdżki. Bezskutecznie. Irracjonalny strach przeszkadzał jej w myśleniu.
Drgnęła. W pokoju był ktoś jeszcze. To sen, przekonywała się, tylko złudzenie. Zamknęła oczy i otworzyła je ponownie, ale postać nie znikła. Odziana w czerń, niezmiennie śledziła każdy jej ruch.
Leeann poczuła chłód, ogarniający systematyczne całe ciało. Wiatr przedarł się przez otwarte okno i poruszył zasłony. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności.
— Kto tu jest? — syknęła, mrużąc oczy, a jedną ręką wciąż poszukując różdżki. Postać uśmiechnęła się ponuro. — Rosevelt... — odpowiedziała na zadane przez siebie pytanie. — Co ty tu robisz?! Co to ma znaczyć?!
— Sporo pytań naraz — prychnął.
— Co tu robisz? — powtórzyła głośniej.
— Proszę cię, żebyś mnie wysłuchała — powiedział dobrze znanym, beznamiętnym głosem.
— Wysłuchała – prychnęła ze złością — wyjątkowo zabawne. Wynoś się — syknęła, wciąż szukając swojej jedynej broni. — Wynoś, jeśli ci życie miłe.
— A co mi zrobisz? — zapytał, obracając w długich palcach różdżkę.
— Jesteś piekielnym sadystą, mordercą i tchórzem. Wynoś się!
Z ponurą satysfakcją dostrzegła, jak zaciska zęby.
— Nie po to się tutaj fatygowałem, żeby tłumaczyć ci się z czegoś, czego nigdy nie zrozumiesz.
— Wynoś się — powtórzyła ponownie. — Nie życzę sobie śmierciożercy we własnym domu – dodała lodowato.
— Nie wyjdę, dopóki nie dasz mi dokończyć — warknął. Widząc jej nieustępliwe spojrzenie westchnął cicho. — Proszę.
Przez krótką chwilę mierzyli się spojrzeniami.
— Widzę, że dopóki nie zdasz tych wszystkich pytań, nie będę mógł powiedzieć ani słowa. — Usiadł na krześle przy oknie, wciąż bawiąc się różdżką. — No, pytaj.
— Dlaczego... — urwała. — Jak mogłeś to zrobić? Ci wszyscy ludzie... Widziałam Annę w Mungu. Pamiętam, kiedy ją przywieźli. Była cała w krwi. Rozumiesz, bydlaku?!
Wstała i spojrzała Roseveltowi w oczy z nieukrywaną nienawiścią. Mężczyzna nawet nie drgnął.
— Pytała o swoją córkę, Carlę. Nie może zrozumieć, że dziewczynka nie żyje. Anna nie opuściła szpitala, wiesz o tym? I już raczej nie opuści. Przez was. Przez ciebie. — Na moment zamilkła, usiłując się uspokoić. — Pamiętam, jaka była piękna. Teraz jest wrakiem człowieka. Nieustannie, czy to w nocy, czy w dzień, mówi do córki. Śmieje się czasami lub wyciąga dłonie, jakby kogoś przytulała... — Leeann urwała, oddychając głęboko. — Pamiętam, jak składałeś jej życzenia na ślubie. Była taka szczęśliwa. A wy to zniszczyliście. Wszystko, za jednym zamachem. Jakby było nietrwałym domkiem z kart. I śmiesz mnie jeszcze prosić, bym słuchała tłumaczeń... Nie wiedziałam, że można upaść tak nisko.
— Więc już wiesz — syknął. — To wszystko, o co chciałaś zapytać?
— Nie odpowiedziałeś — odparła ze złością. Spojrzał na nią.
— I nie mam zamiaru. Wydaje ci się, Leeann, że byłabyś w stanie zrozumieć? — Stanął naprzeciwko niej. — No właśnie. — Zamknęła oczy.
— Nie mam zamiaru słuchać tego, co masz mi do powiedzenia — warknęła.
— Ale wysłuchasz. A skoro nie ma innego sposobu... Silencio! — mruknął, celując w nią różdżką. — Doprawdy, potrafisz być niesamowicie irytująca. — Zacisnęła dłonie. — Musisz zrobić to, o co poproszę — powiedział, nie zważając na jej pełen gniewu wzrok. — Jutro do szpitala przybędą śmierciożercy. Chcą dokończyć, co zaczęli. Będą torturować Annę tak długo, aż nie uzyskają wszystkich odpowiedzi. — Przymknął oczy, bezsilnie zaciskając dłoń na różdżce. — Przed dwunastą musisz podać jej Eliksir Krwotoku. Oznajmisz uzdrowicielom, że zabierasz ją do Białego Pokoju, tej izolatki, gdzie pacjenci znajdują się pod stałą opieką. Śmierciożercy nie zdołają wejść do środka, zbyt wielu uzdrowicieli musieliby zabić. — Urwał i spojrzał na nią. — Sądzę, że nie zaczepią nikogo po drodze. Kiedy nie znajdą Anny, uciekną, opracować nowy plan. Będziesz mieć czas, by wyznaczyć kogoś do ochrony. — Odetchnął głęboko. Leeann stała w bezruchu, wpatrując się w niego. Oddał jej różdżkę i wyciągnął własną. — Finite Incantatem! — szepnął, po czym odwrócił się na pięcie, idąc w kierunku drzwi.
Usłyszał za plecami jej gniewny głos.
— Słucham? — zapytał, stając w progu.
— Wy. Nie oni. Wy. — syknęła.
Spojrzał na nią z kamiennym wyrazem twarzy, wyjątkowo skutecznie ukrywając wszystkie swoje uczucia.
Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.


Przyszli. Na swoje nieszczęście stała akurat na korytarzu, kiedy kilku z nich wbiegło po schodach, kierując się do sali numer sześć. Któryś z uzdrowicieli uciekł, by zawiadomić aurorów. Śmierciożercy natychmiast zajęli się uniemożliwieniem tego innym.
— Jej tu nie ma! — wykrzyknął ktoś. Pozostali zaczęli się rozglądać, jakby spodziewali się dostrzec Annę gdzieś na korytarzu. Jeden z nich zobaczył Leeann.
— O jak to miło — syknął i nim Leeann zdołała wyszarpnąć różdżkę, przycisnął własną do jej gardła. Gwałtownie zbladła, czując jak nieznajomy śmieje się obrzydliwie. — Może wiesz, gdzie jest osoba, której szukamy, hm? — Uzdrowiciele zaczęli się wycofywać do okolicznych sal, gotowi bronić pacjentów.
— Nie wiem, o czym mówisz — syknęła, usiłując wyciągnąć różdżkę z kieszeni spodni.
— Na pewno? Może się przekonamy? — Pozostali roześmiali się na te słowa jednogłośnie. — Klątwa Cruciatus z pewnością pomoże ci odpowiedzieć... — Leeann poczuła, jak dreszcze wstrząsają jej ciałem. Przymknęła oczy, starając się zapanować nad obezwładniającym strachem.
— Puść ją. — Wszyscy jak na komendę odwrócili się w stronę jednego ze śmierciożerców.
— Rosevelt? Co ty...?
— Puść ją, do cholery! – ryknął Rosevelt i, nim ktokolwiek zdążył poczuć się zaskoczony, wycelował różdżką w plecy śmierciożercy.
— Dobrze, mój drogi — rzekł tamten ugodowo, opuszczając rękę. Leeann wyrwała się z jego uścisku i, drżąc na całym ciele, cofnęła o kilka kroków, niezdolna uciekać. — Zabawnie będzie zobaczyć, jak tłumaczysz się naszym przyjaciołom, a może i Czarnemu Panu, dlaczego nagle postanawiasz bronić wrogów. Doprawdy, nie sądziłem, że jesteś tak słaby...
— Zastanawiające — przerwał mu Rosevelt lodowato zimnym tonem — czemu ty jesteś taki „silny" tylko kiedy ofiara to bezbronna kobieta, a za twoimi plecami roi się od śmierciożerców?
— Zapłacisz za to – syknął tamten. — Nie rozumiem motywów, które tobą kierują, Rosevelt. To jakaś twoja ukochana? — zapytał, a Rosevelt wbił w niego mordercze spojrzenie. — Kolejna?
— Zamknij się, dobrze ci radzę — warknął, opuszczając różdżkę.
— Naprawdę, sądziłem, że masz w sobie więcej rozumu, a mniej gryfońskiej lojalności, naiwności i głupoty.
— Lojalności? — Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie. — Och... — Uśmiechnął się. — Nie bronię jej — machnął dłonią w kierunku Leeann, a z jego twarzy jak zwykle nie dało się nic wyczytać. — Mieliśmy jasne rozkazy. Jeśli Anny nie będzie, natychmiast wracamy.
— Zastanawia mnie, Rosevelt, skoro jesteś taki wierny, po cholerę ćwiczysz oklumencję? — syknął mężczyzna, a na jego twarzy pojawił się wredny uśmiech.
— Nie mam zamiaru zamykać umysły przed Czarnym Panem — skłamał gładko Rosevelt lodowato zimnym tonem. — A z ciebie jest taki legilimenta, jak z Pottera zbawca świata.
— Koniec dyskusji — odezwał się ktoś. — Znikamy. Aurorzy zaraz tu będą.
— A co, boisz się, Nott? — zakpił jeszcze Rosevelt, nim wszyscy się deportowali.

Coraz większa zadymka wyrwała Leeann z zamyślenia. Wstała z ławki i ruszyła do Dziurawego Kotła.

*

Rosevelt okrążał celę, co jakiś czas ze złością patrząc w okno. Nie minął jeszcze rok, a on zdążył policzyć wszystkie cegły w ścianach, suficie i podłodze, wymyślić kilkadziesiąt sposobów zabawy kamykami, nauczyć się, że w dementorów nie powinno się niczym rzucać i wpaść w depresję.
Znów słyszał wrzaski, ale sam nie odczuwał jakoś pragnienia wykrzyczenia złości. Odkąd drastycznie zmniejszyła się liczba dementorów, nie pragnął już pogrążyć się w szaleństwie, uciec od rzeczywistości. Tylko ta bezczynność doprowadzała go do szewskiej pasji. Wszechobecne poczucie nicości, braku jakichkolwiek perspektyw.
Codziennie spędzał kilka godzin na systematycznym uciszaniu własnego sumienia, by potem przez jakiś czas móc myśleć logicznie.
— Z Azkabanu musi dać się uciec – przekonywał się. - Skoro Black, typowy Gryfon, tego dokonał, nie powinno nawet sprawiać takich kłopotów.
Głupi Black. Dać się wpakować za zasłonę takiej fanatycznej idiotce, jak Bella. Zasłużyła na los, który ją spotkał.
„Tak jak i ty, Rosevelt.”
— Zamknij się! — ryknął głośno. Któryś ze strażników szepnął coś do drugiego. Myślą, że zwariowałem, stwierdził Rosevelt z niejakim zaskoczeniem.
„Zaskakujące, nie? Szkoda, że nie dorównujesz im umiejętnością dedukcji...”
Z mocnym postanowieniem ignorowania głosiku, Rosevelt okrążył celę po raz siedemdziesiąty.
Gdyby tamtego dnia się sprzeciwił... Gdyby nie dał sobie wypalić Znaku...
„To już byś nie żył.”
Może nie nękałyby go wyrzuty sumienia. Nie czułby obrzydzenia ściskającego gardło za każdym razem, gdy w kałuży widział własne odbicie. A nawet, jeśliby nie żył... Co to za strata?
„To czemu, mój drogi, nie odbierzesz sobie życia, skoro jest ci nie miłe?”
Nigdy nawet nie myślał nad samobójstwem, tudzież poświęceniem się w imię wyższych wartości. Pierwsze zbyt tchórzowskie, drugie gryfońskie.
Nie zasługiwał na tak bezbolesną śmierć, jak wycelowanie w siebie różdżki i wyszeptanie dwóch słów, których niegdyś używał tak często.
Kiedyś miał szansę, by wszystko zmienić.
Z niewyjaśnionych nawet dla siebie samego powodów, pewnego dnia, wiele lat po ukończeniu szkoły, przybył do Hogwartu. Niepostrzeżenie, ukrywając się pod peleryną niewidką, dotarł do dyrektorskiego gabinetu. Wyszeptał hasło, a chimera odskoczyła na bok.

Nie zdążył zapukać do drzwi - otwarły się, gdy tylko do nich podszedł.
Znał to miejsce niemal na pamięć. Prawdopodobnie Największy Czarodziej Wszechczasów siedział za biurkiem, z wyjątkowo pogodną miną czytając jakieś dokumenty i podjadając cytrynowe dropsy. Widok ten był tak znajomy, że niemal bolesny.
Rosevelt zdjął pelerynę niewidkę i odchrząknął. Dumbledore nawet się nie poruszył.
— Siadaj, mój drogi. Spodziewałem się ciebie. — Niezbyt chętnie wykonał polecenie, odwracając wzrok i zastanawiając się usilnie, po jakie licho się w to wszystko pakuje. Ściągnął z głowy kaptur.
— Musi pan o czymś wiedzieć, dyrektorze — zaczął beznamiętnym tonem, jak zwykle ukrywając wszystkie emocje.
— Słucham — powiedział tamten, a w jego przeklętych, niebieskich oczach zamigotały iskierki.
— Powinien pan ukryć Kamień Filozoficzny — oświadczył krótko, chcąc mieć to wszystko za sobą.
Albus Dumbledore spojrzał na niego z mieszaniną zdumienia, niedowierzania i smutku.
— Dlaczego mi o tym mówisz? — zapytał spokojnie.
Rosevelt wstał i zaczął krążyć po gabinecie. Cholernie dobre pytanie.
— Nie wiem. Niedługo do Hogwartu przyjdzie ten cały Potter. Może mi pan wierzyć, Voldemort zrobi wszystko, by go zabić. To już nie kwestia przepowiedni, a ambicji.
— Wiem o tym, że Voldemort zrobi wszystko, żeby powrócić. Ale jesteś śmierciożercą, Rosevelt — powiedział starszy człowiek sucho. Zdjął okulary i przetarł dłonią oczy. — Czemu mam ci wierzyć?
— Bo wiem, że Snape jest po pańskiej stronie — odparował tamten. — Czarny Pan mu ufa, niektórzy śmierciożercy także. Ale nie oszukujmy się, dyrektorze. Nie jest pan głupcem. Obserwuje pan ludzi w szkole tak dokładnie, że zna ich niemal na wylot. Gdyby istniał choć cień szansy, że Snape jest wiernym sługą Voldemorta, nie byłby profesorem w pańskiej renomowanej szkole.
— Nie sądzisz chyba, że przyznam ci rację? — Dumbledore uśmiechnął się pogodnie, czyszcząc kciukiem okulary. W jego oczach zamigotało światło świecy. — Posłuchaj, Rosevelt. — Dyrektor spoważniał, patrząc na swojego dawnego podopiecznego ze smutkiem. — Nie musisz być po stronie zła. Zapewnimy ci ochronę...
— Nie, dyrektorze — przerwał sucho, kręcąc głową. — Ze ścieżki, którą obrałem, nie ma odwrotu.
— Rosevelt, zawsze jest wyjście...
— Nie zdradzę Voldemortowi, że podejrzewam Snape’a o szpiegostwo — oświadczył Rosevelt, zupełnie ignorując słowa dyrektora.
Oparł dłonie o biurko, a rękaw szaty podwinął się nieznacznie, ukazując bliznę po Przysiędze Wierności złożonej śmierciożercom. Niedługo na jej miejscu miał się znaleźć Mroczny Znak.
— Proszę ukryć Kamień.
— Dlaczego będąc śmierciożercą pomagasz mnie? — zapytał Dumbledore zmęczonym głosem. — Gdyby Voldemort powrócił i się o tym dowiedział... Dlaczego?
— Nie wiem — powtórzył cicho. — Chyba chcę, by kiedyś nastały czasy, gdy nikomu nie będą stawiane pytania, na które jest tylko jedna odpowiedź.
Obciągnął rękaw szaty, ukrywając Znak Wierności i zarzucił kaptur na głowę. Bez słowa skinął dyrektorowi głową i wyszedł z gabinetu.

Rosevelt został wyrwany ze wspomnień przez czyjś dobitny głos.
— Wesołych świąt.

Odwrócił się do krat i poczuł przypływ furii. Jeden z aurorów, Dawlish, wpatrywał się w niego z pogardą.
Spotkali się podczas Ostatniej Bitwy. Rosevelt wielokrotnie zastanawiał się, po co w ogóle w niej uczestniczył. Chyba chciał po prostu zobaczyć, jak Największy Sukinsyn zostaje pokonany przez siedemnastolatka. W inny wynik wojny nie wierzył. Kiedy, w pewnej chwili, zdawało się, że Potter przegra, Rosevelt poczuł zimny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Sam z nikim nie walczył, bo nie wiedział, po której niby miałby być stronie. Z różdżką wycelowaną w ziemię przypatrywał się wszystkiemu spod drzew Zakazanego Lasu.
Widząc go, Dawlish ograniczył się do krzyknięcia: „Tu się chowasz, cholerny tchórzu” i rzucenia zaklęcia, które Rosevelt bez problemu odbił. Odwracał się właśnie, chcąc rozbroić Dawlisha, gdy dostrzegł nieopodal Warrena, wyraźnie przegrywającego z jakimś aurorem. Nie zawahawszy się, wycelował różdżkę w stojącego nad przyjacielem mężczyznę i rzucił zaklęcie. Sekunda nieuwagi Rosevelta wystarczyła Dawlishowi, by powalić go na ziemię i związać magicznymi sznurami.

— I nawzajem — warknął Rosevelt, odrywając się od ponurych myśli.
— Ciekawe, ile czasu jeszcze wytrzymasz, Rosevelt. Kiedy wspomnienia staną się tak przerażające, że zaczniesz błagać o śmierć, lub popełnisz samobójstwo jak pospolity tchórz, którym zawsze byłeś...
— Nie jestem tchórzem, Dawlish. — Wyciągnął dłoń przez kratę i chwycił aurora za szatę. Miał prawo nazwać go jakkolwiek, ale nie tak.
„Ty cholerny, tchórzliwy morderco!”
— Czyżby? Całe życie uciekasz. Nawet nie brałeś udziału w bitwie, w której poległ twój pan.
— Nikogo nie mam zamiaru przekonywać — powiedział Rosevelt, a jego twarz znów przybrała doskonale obojętny wyraz. Puścił szatę aurora. — Idź już, Dawlish. Jeszcze pewnie wielu nieludzkich śmierciożerców czeka na twoje odwiedziny. Nie wyobrażaj sobie tylko, że ich rozumiesz. Nie myśl, że wiesz, dlaczego dali sobie wypalić ten cholerny znak na przedramieniu. Wiesz, co to Dowód Lojalności, Dawlish? Niewiele trzeba wyjaśniać. Za odmówienie jego wykonania wszystkich, na których komuś zależało, porywano i torturowano, dopóki nie tracili zmysłów, a potem życia. I wiesz — wrzasnął, już częściowo nad sobą nie panując — co było moim Dowodem Lojalności, Dawlish? Opowiem ci. — Ściskał kraty obiema dłońmi, wbijając wzrok w stojącego w bezruchu aurora. — Pamiętasz Quirrella? Mój ojciec, Terry, domyślił się, kto zawładnął profesorem. Tylko on i ja, no i Slatero, wiedzieliśmy. Terry miał za zadanie pomóc Quirrellowi w znalezieniu Kamienia. To było na długo zanim przedmiot został ukryty w Hogwarcie. O drugiej próbie kradzieży rozpisywały się gazety, pierwsza, rzecz jasna - nieudana, została zignorowana - wszyscy byli przekonani, że to tylko wybryk jakiegoś pragnącego złota szaleńca.
Voldemort był wściekły, kiedy jego słudzy wrócili bez drogocennego skarbu. Kazał Quirrellowi zabić mojego ojca. Czarny Lord potrzebował jednak kogoś na jego miejsce. — Na twarzy Rosevelta pojawił się pełen goryczy grymas. — Oczywiście zaofiarowałem mu swoje usługi. Pamiętam, jak się roześmiał. "Jesteś gotów poświęcić wszystko?", zapytał, a ja, oczywiście, odparłem twierdząco. Powiedział mi na czym polega Dowód Lojalności. Nie zawahałem się ani chwili. Nie przewidziałem tylko, co będę musiał zrobić. Resztę znasz z gazet, Dawlish. „Pojawiają się informacje o rzekomej aktywności śmierciożerców. Wczoraj znaleziono w niemal doszczętnie spalonym domu dwa ciała. Ministerstwo poszukuje człowieka podejrzanego o zamordowanie z zimną krwią swojej matki i siostry...” Tamtego dnia musiałem raz na zawsze pożegnać się z moralnością i szlachetnością. Nie wiesz i nigdy się nie dowiesz, jak to jest, gdy nagle zdajesz sobie sprawę, że to wszystko to nie koszmarny sen, z którego mógłbyś się obudzić. Nie miej wyrzutów sumienia, Dawlish. Dla was to wyrównanie rachunków. Wygraliście. Dobro zwyciężyło, a zło zostało potępione i ukarane, jak w bajkach. Czas na szczęśliwe zakończenie. Szkoda tylko, że "szczęśliwe" jedynie z waszej perspektywy.


* (franc.) – szlachectwo zobowiązuje



komentarze [7]

Rozdział IV
piątek, 3 sierpnia 2007


Podziękowania dla Beverly, za betę :*

Rozdział IV

Podparł się na łokciu i wyjątkowo niechętnie otworzył oczy. Widok bynajmniej go nie zaskoczył, nie zmieniał się przecież od dawna. Usiadł, rozcierając obolałe mięśnie. Miska jedzenia prezentowała się, jak zawsze, niespecjalnie zachęcająco, tak jak i zwinięty w rogu, zawszony koc, który niegdyś służył za posłanie.
Nucąc pod nosem jakąś melodię, która zagłuszyć miała nie tyle ciszę co natrętne myśli, Rosevelt wstał i podszedł do okna. Pierwsze płatki śniegu spadały na ziemię i natychmiast topniały pomimo wszechobecnego chłodu.
Rosevelt zachichotał cicho, sam nie wiedząc, co właściwie go bawi. Może jest obłąkany? Niewykluczone, ba!, prawdopodobne.
Opadł na podłogę, opierając się o ścianę. Jego ciałem wstrząsały konwulsyjne dreszcze, śmiech uwiązł w gardle. Zupełnie nagle przed oczami pojawiła się twarz ojca.
Jasnoniebieskie, zimne oczy, wpatrzone we wszystko chłodnym, oceniającym wzrokiem. Okulary w rogowej oprawie, szpiczasty nos, zaciśnięte usta. Czarne włosy przeplecione pojedynczymi pasmami siwizny, broda, nadająca twarzy wyraz tak dostojeństwa, jak i siły. Wystające kości policzkowe, blada skóra. Silne ramiona, mięśnie sportowca.
Pełne wyższości spojrzenia, niechętne uśmiechy. Zarówno wtedy, kiedy uczył syna jak jeździć konno, jak i gdy odchodził, po raz ostatni trzaskając drzwiami wejściowymi. Ten sam, niezmienny wyraz twarzy człowieka, któremu przyszło stać się mordercą.
Czy kochał ojca? W jakiś dziwny, pokrętny sposób tak. W wieku kilku lat podjął bezsensowną walkę, wierząc, że potrafi zmienić jego duszę, i przegrał. Zawsze przegrywał.
Potrafił szanować ojca za te uśmiechy, którymi obdarzał innych tak niezmiernie rzadko, za głęboki, spokojny głos, w który wsłuchiwał się popołudniami. Za kilka nieskończenie krótkich chwil, kiedy arystokrata zapominał o wszystkich, ponurych zasadach etykiety i stawał się człowiekiem.
Popołudniami, około siedemnastej, siedząc na jego kolanach i słuchając historyjek, Rosevelt był zdolny wierzyć, że ojciec jest „dobrym człowiekiem”.
Dopiero kiedy zegar w korytarzu bił osiemnaście razy, Terry podrywał się, stawiając syna na ziemi, i chwytał różdżkę.
Wychodzę, synku, mawiał. Z kolegami.
Rosevelt wiedział, kim są ‘koledzy’.
Zanim skończył jedenaście lat, Voldemort zniknął. Mawiano, że przepadł na zawsze, ale niewielu było zdolnych w to uwierzyć. A już na pewno nie najbardziej wytrwali słudzy.
Zaślepieni nieuzasadnioną, bezpodstawną nienawiścią, mordowali już nie dlatego, że takie mieli rozkazy, a ponieważ było to jednym z elementów stanowiących podstawę ich egzystencji.

*


Ostrożnie oparł stopę na trzonku miotły, wciąż podpierając się jedną dłonią. Wiatr mierzwił jego ciemnobrązowe włosy, rozwiewał poły granatowej peleryny. Pod stopami migotały złotawe światełka Londynu, do złudzenia przypominające rozedrganą pajęczynę. Wyprostował się wreszcie, z orzechowych oczu popłynęły łzy wywołane chłodnym podmuchem.
Miotła wibrowała pod jego stopami. Chmury na chwilę odsłoniły bladą tarczę księżyca. Szum w uszach wzmagał się wraz z siłą wiatru. Przymknął powieki, zupełnie nie przejmując się niemałą odległością od ziemi czy perspektywą zderzenia się z czymkolwiek.
Tylko o tej godzinie, w tym miejscu, zdolny był odczuwać wewnętrzny spokój. Po całym dniu udawania, przybierania pełnej obojętności maski, unikania współczujących spojrzeń kolegów musiał odreagować. A fakt, iż ten sposób nie był może najbezpieczniejszy, zupełnie nie miał znaczenia. Latanie stanowiło ostatnią deskę ratunku, oddalającą nieco kuszącą perspektywę pogrążenia się w rozpaczy.
Przelatujący obok kruk musnął skrzydłem jego policzek.
Last Hill prezentowało się nadzwyczaj przygnębiająco z zamkniętymi okiennicami w kamiennych murach. Wielka rezydencja, otoczona niegdyś pięknym, dziś przymierającym ogrodem odpychała go coraz bardziej. Zgrabnie zeskoczył z Błyskawicy i złapał ją jedną ręką, wolną automatycznie wkładając do głębokiej kieszeni peleryny. Wielkie, misternie zdobione, czarno-srebrne wrota otworzyły się na dźwięk jego głosu. Obrzucił niechętnym spojrzeniem srebrne węże, zdobiące oba skrzydła. Powoli ruszył wykładaną granitem alejką. Pośrodku drogi między bramą a wejściem do domu znajdowała się wielka fontanna. Marmurowy pegaz naturalnej wielkości z szeroko rozłożonymi skrzydłami opierał się na wykonanej z granitu skale, wznosząc w górę kopyta. Skałę oplatały cztery węże, łeb każdego zwrócony był w inną stronę. Diamentowe oczy lśniły złowieszczo, spomiędzy kłów tryskała woda.
Okrążył fontannę, spoglądając na usychające jaśminy. Kilka kruków przysiadło na gałęzi najbliższego i spoglądało na niego obojętnie. Krzaki róży więdły, tak jak i cały ogród, mieniący się odcieniami brązu.
Pokonał trzy schodki prowadzące na werandę, unikając dotykania finezyjnie zdobionej balustrady. W kącie stał wielki bujany fotel, wykonany z drewna, zupełnie nie pasujący do chłodnego wystroju rezydencji. Obok, na stoliku do kawy, leżała otwarta książka.
Wyjął z kieszeni srebrzysty klucz, ozdobiony, rzecz jasna, głową węża. Włożył go do zamka i przekręcił. Rozległ się głuchy szczęk i drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Puścił klamkę, spoglądając niechętnie na zdobienia. Największa z płaskorzeźb przedstawiała lwa, przykutego do ziemi przez trzy wielkie węże. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.
Jakże trwałe były uczucia, których korzenie sięgały jeszcze Hogwartu…
Gdy przekroczył próg, zapłonęły świece w żyrandolu, obrzucając przedpokój przytłumionym blaskiem.
Mahoniowa szafa, ze srebrnym kluczykiem tkwiącym w zamku, była największym z mebli. Obok znajdowała się jeszcze półka na buty i wielkie, piękne lustro. Podszedł do niego i zdjął pelerynę. Cienie pod oczami postarzały jego twarz o dobre kilka lat, tak jak i napięta, opalona cera, uwydatniająca wystające kości policzkowe. Ściągnął buty i wrzucił je na półkę. Na wieszaku wisiał srebrno-zielony szalik. Z miną winowajcy chwycił go i włożył do szafy.
Wszedł do salonu, świece w przedpokoju jednocześnie zgasły.
Wystój był równie chłodny i odpychający jak w całej rezydencji. Błękitna kanapa ustawiona przed kominkiem, zdobionym wizerunkami węży, oświetlona była sześcioma świecami, ustawionymi w dwóch trójramiennych świecznikach. Wielkie, przeszklone regały mieściły dziesiątki najdroższych magicznych ksiąg. Podłoga wyłożona została błękitno-czarnymi płytkami. Kilka okien, teraz z zewnątrz zamkniętych okiennicami, zdobiły ciężkie, lodowato niebieskie zasłony.
W całym swoim życiu nie spotkał tak odpychającego, zimnego miejsca. Srebrna zastawa, ustawiona przy kanapie, na stoliku do kawy, rozpoczęła spacer. Przez chwilę z pewnym obrzydzeniem patrzył, jak dzbanek podchodzi na czterech krótkich, srebrnych nóżkach do filiżanki i napełnia ją herbatą.
Na ścianie wisiało kilka portretów. Podszedł do nich niechętnie, wbrew samemu sobie podziwiając starannie zdobione, srebrne ramy. Obrazy przedstawiały najróżniejsze sceny. Przez krótką chwilę wpatrywał się w jeden z nich. Starzec o długiej, srebrzystej brodzie pochylał się nad wielkim biurkiem z nogami w kształcie szponów. W jego błękitnych, ciepłych oczach lśniły wesołe iskierki. Przez chwilę stał w bezruchu, a potem z zamyśleniem potarł brodę jedną dłonią, drugą sięgając go kieszeni srebrzystej peleryny, z której wyciągnął cytrynowego dropsa.
— Niestety nie mogę się z tobą podzielić — oznajmił pogodnie. Światło w jego oczach zamigotało, kiedy uśmiechnął się radośnie — rozumiesz, został mi ostatni.
Wygodnie rozsiadł się w fotelu i złączył końce palców, patrząc na niego uważnie.
— Warren... Niczego nie zmienisz, wciąż rozmawiając ze mną. Mój czas dobiegł końca, swój musisz rozważnie wykorzystać.
Czarodziej podniósł się z fotela i zniknął za krawędzią ramy, najprawdopodobniej przenosząc się do swojego portretu w Hogwarcie.
Warren westchnął cicho i wyszedł z salonu. Powoli wchodził po schodach, w jego uszach brzmiał radosny, dziecięcy śmiech. Odetchnął głęboko, mocniej zaciskając dłoń na balustradzie.
Świece zapaliły się w korytarzu. Jedne z drzwi były uchylone.
Warren wszedł do pokoju, zagryzając wargi. Po stronie Lestera ściany były koloru bardzo jasnego błękitu, granatowy dywan wyścielał podłogę. Narzuta w kolorze indygo i biała pościel leżały zwinięte na zdobionym łóżku z baldachimem. Piękna szafa i kilka obrazów dopełniało wystroju.
Część Leigh była umeblowana niemal identycznie, w tonacji pastelowo zielonej, przechodzącej w jasny beż. Na podłodze leżało kilka zabawek, na szafce stało siedem porcelanowych laleczek.
Wewnątrz nie było nikogo. Warren usiadł na łóżku swojej córki i wziął do ręki album.
Kilkukrotnie przełknął ślinę, wodząc palcami po czarno-białych zdjęciach. Przymknął piekące oczy i podciągnął kolana pod brodę.
Jedna z fotografii przedstawiała jego samego, trzymającego w ramionach piękną kobietę. Carmen uśmiechała się promiennie. Czarne włosy, ułożone finezyjnie, spływały na ramiona. Niesforne kosmyki otaczały zaróżowioną twarz. W oczach koloru niezapominajek lśniło szczęście. Tańczyli walca angielskiego, powoli obracając się na parkiecie.
Te kilka lat wspólnego życia zdawały się być pięknym snem, z którego obudził się gwałtownie.
Przez krótki czas byli najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi. Czy miało znaczenie, że nie pochodziła z czarodziejskiej rodziny? Nigdy nawet o tym nie myślał.
Niemal zaczynał wierzyć, że zdołał zmienić coś we własnym życiu, gdy los postanowił udowodnić mu, że nawet najpiękniejsze chwile się kończą.
Carmen leżała na łóżku w sali szpitalnej, okryta białą kołdrą i, mimo panującego wewnątrz ciepła, drżąca z zimna. Była blada i wycieńczona, jej wargi spierzchnięte. Przyłożył do nich nasączony wacik i odgarnął włosy z jej czoła.
— Kocham cię, Warren — powtarzała, niewidzącymi oczami patrząc w przestrzeń. Mógł tylko zgadywać, czy jest na tyle przytomna, żeby usłyszeć odpowiedź.
— Też cię kocham — mówił mimo to, z każdym kolejnym powtórzeniem coraz słabszym, bardziej zachrypniętym głosem. — Też cię kocham.
Dwa miesiące wcześniej lekarz powiedział im, że na chorobę Carmen nie ma lekarstwa. Umierała bardzo długo i bardzo powoli, w miarę upływu czasu coraz częściej tracąc przytomność. Przez najdłuższe dni swojego życia Warren patrzył jak Carmen powoli odchodzi. Nic nie było trudniejsze od zmagania się ze świadomością, że nie może jej zatrzymać. Wiedział, że koniec zbliża się coraz szybciej. Widział to w jej pustych, niewidzących oczach.
— Zaśpiewaj mi tamtą piosenkę — poprosiła, a on bardziej odczytał te słowa z ruchu warg, niż naprawdę je usłyszał.
Zacisnął powieki, czując pod nimi gorące łzy. Przełknął ślinę i pocałował Carmen w czoło. Trzymając ją za rękę, zaczął nucić słowa starej kołysanki zachrypniętym, cichym głosem.
Nagle urwał.
Na twarzy Carmen wciąż gościł uśmiech, ale jej oczy były zupełnie nieruchome, utkwione w niebieskim niebie za oknem, którego nie mogła już widzieć.


Warren oderwał wzrok od zdjęcia i gwałtownym ruchem zatrzasnął album. Zawiódł wszystkich.

W rok po śmierci Carmen do jego domu weszła pewnym siebie krokiem jej matka.
— Jesteś dziwadłem! Jak moja piękna córka mogła wyjść za kogoś takiego?! — wrzeszczała Anabell, a on był zbyt słaby, by się bronić.
— Ona też była czarownicą — powiedział wreszcie zimno. — Ją też uznawała pani za dziwadło?
— Och, wiem, kim była! Dostała ten piekielny list z Hogwartu, czy jak się to nazywało. Co nie zmienia faktu, iż nie pozwolę, by moje wnuki wychowywały się tutaj.
— Pani wnuki! — ryknął Warren, całkowicie tracąc nad sobą panowanie. — Pani wnuki, a moje dzieci!
— Kim ty jesteś, człowieku? — warknęła kobieta, nagle całkowicie spokojna, a na jej twarzy malowało się obrzydzenie. — Jak zapewnisz im dom? Rodzinę? Sam jesteś rozbity emocjonalnie. Czym zarabiasz na życie? Wyciąganiem królików z kapelusza? Chociaż nie – syknęła. — Znam odpowiedź. — Gwałtownym ruchem podciągnęła rękaw jego koszuli, odsłaniając Mroczny Znak. — Carmen powiedziała mi, kim był człowiek, na którego cześć zostało to wypalone.
— Carmen nigdy nie pytała o Mroczny Znak — warknął Warren, czując, jak krew odpływa mu z twarzy.
— Była wystarczająco naiwna, by ci ufać. — Warren zbladł gwałtownie. — Ale ja ci nie wierzę, ty piekielny morderco. Dzieci zamieszkają ze mną. A może, mój drogi, wolisz, by wasz „sąd” poznał treść tego?
O ile Warren wcześniej czuł gniew, teraz targała nim już tylko nienawiść. Kobieta pomachała kopią jego listu do Carmen, wysłanego przed wieloma laty. Bez trudu odczytał ostatnie kilka linijek. „Rosevelt wziął na siebie całą winę, choć ja wcale tego nie chciałem, Carmen. Uratował mnie pewnie od Azkabanu, mimo że w pełni zasłużyłem na spędzenie tam reszty życia.” A pod spodem jego podpis.
— Jak pani może? — jęknął. — Nie skrzywdziłbym własnych dzieci...
— Może ty nie. „Oni” pewnie owszem. Oryginał listu może zostać ujawniony w każdej chwili. Nie pogrążaj się jeszcze bardziej, człowieku.
— Jak, do cholery, pani może?! Co panią kieruje? Bo chyba nie tylko miłość do wnuków, ale przede wszystkim nienawiść do mnie — ryknął, wyciągając różdżkę. —To szantaż, to...
— Nie, Warren — odparła. — To nie nienawiść. To pogarda. Nie pozwolę, by moje wnuki były wychowywane przez mordercę i tchórza, który pozwala przyjacielowi wziąć na siebie winę za własne błędy.


Warren zagryzł wargi. Najgorsza była świadomość, że Anabell miała rację. Nie potrafiłby dać dzieciom normalnego domu. Jego przeszłość pozostawiła niemały ślad w duszy. Nie skrzywdziłby Leigh ani Lestera, na pewno nie. Ale skąd mógł mieć pewność, że zdoła kochać ich wystarczająco mocno, po wszystkim, co przeszedł?
Służba u człowieka, którego niegdyś uważał za swego mentora, odebrała cały blask nie tylko jego oczom, ale i życiu. Egzystował, płynął z prądem, poddając się mu bezwolnie. Lata mordów, nienawiści i przemocy sprawiły, że już nigdy nie miał być taki, jak dawniej. Znikła wrażliwość, zastąpiona powagą, chłodem i pozornym spokojem. Maską, którą zakładał każdego kolejnego dnia, by skryć pod nią smutek, zawód i trud, jaki wkładał w udawanie, że wie, do czego zmierza jego życie. Nauczony, że każde ciepłe uczucie jest słabością, stał się zimny w obyciu, sarkastyczny i niemiły. Tylko w samotności lub przy dzieciach pozwalał sobie okazać prawdziwe uczucia.
Leigh i Lester byli szczęśliwi, dziadkowie rozpieszczali ich całymi dniami. Otoczeni zaborczą miłością nie pytali o ojca, z którym spotykali się nader rzadko. Ale Warren wiedział, że tak będzie do czasu. Za kilka lat do obojga przylecą sowy z listami, a wtedy pojawi się pragnienie wielu odpowiedzi. Anabell i jej mąż zgodzili się, że jeśli Warren znajdzie zajęcie i ustatkuje się, a dzieciaki okażą się być magiczne, list zostanie wyrzucony, a Leigh i Lester wrócą do domu.
Mimo to Warren wiedział, że już na zawsze będą sobie obcy. Bo to nie on ich wychował, nie on się nimi opiekował, nie on pomagał rozwiązywać ich dziecięce problemy. Może z czasem zdobędzie zaufanie, przyjaźń. Na nic ponad to nie mógł liczyć.
Wyszedł powoli na korytarz. Świece natychmiast zapłonęły przytłumionym blaskiem. Wszechobecna cisza doprowadzała go do szaleństwa. Ściany zdobiły srebrno-błękitne tapety oraz obrazy wszystkich przodków, począwszy od Galetra, za życia którego rodzina otrzymała arystokratyczny tytuł. Warren spojrzał na portret swojego ojca i poczuł ukłucie niezrozumiałego gniewu. Mężczyzna był niezwykły. Ciemne włosy opadały na ramiona, starannie zaczesane. Przenikliwe spojrzenie świadczyło o nieprzeciętnej inteligencji.
Uczucia Warrena utrzymywały się mniej więcej w kolorach czarno-białych. Albo ktoś był jego przyjacielem albo nie.
Ojciec stanowił jednak wyjątek od tej reguły. Warren jednocześnie kochał go i nienawidził. Darzył bezgranicznym szacunkiem i pogardą. Harold był człowiekiem, obok którego nie można przejść obojętnie. Dumny i pewny siebie, chłodny niczym zimowy poranek i bezwzględny jak uderzenie miecza.
Był arystokratą. Warren nienawidził sposobu, w jaki zwracał się do innych. Nie znosił wtedy faktu, iż jest jego synem. A jednocześnie, paradoksalnie, nierzadko bywał z tego dumny.
Mógł godzinami przyglądać się jak ojciec maluje i słuchać jego opowieści. Właśnie spod pędzla Harolda wyszła większość zdobiących rezydencji obrazów. Umarł, kiedy Warren ukończył trzynaście lat. Wiecznie wychudzony mężczyzna ściskał dłoń syna, z nieobecnym spojrzeniem.
— Nie pomyl ścieżki, Warren — powiedział, kiedy widzieli się po raz ostatni. — Nie podąż tą niewłaściwą.
— Co masz na myśli?
— Warren! Jest wpół do jedenastej! — Ich rozmowę przerwał krzyk z holu. Caroline, jego matka, w jednej ręce trzymała klatkę z sową, a w drugiej bilet do Hogwartu. — Pożegnaj się z ojcem i chodźże wreszcie! A może wolisz zostać w domu?
— Już idę, mamo — odkrzyknął. Pochylił się nad Haroldem i pocałował go w chłodny policzek. — Do zobaczenia, ojcze.
— Udanego semestru, mój chłopcze.
— Warren! — ryknęła Caroline i chłopiec, spłoszony, ruszył w kierunku drzwi.
Zbiegł po schodach, taszcząc ciężką walizkę.
Jego matka była niezwykle piękną kobietą. Jasne włosy zaplotła w długi warkocz, opadający na ramię. W jej ciemnoniebieskich oczach lśniła irytacja. Nieskazitelnie blada cera, zapewne, jak nierzadko zdarzało się myśleć Warrenowi, efekt eliksirów, była teraz zaczerwieniona. Jedną nogę oparła o pierwszy schodek. Bordowa suknia, obszyta srebrnymi nićmi, sięgała ziemi.
Jego matka była piękna i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Swoją urodę i wdzięk wykorzystywała w każdy możliwy sposób.
— Nareszcie — odetchnęła teatralnie i wyszła z domu, a Warrenowi nie pozostało nic innego prócz podążenia za nią.
Ojca nie zobaczył już nigdy więcej.


*

Rosevelt oparł się o kraty, znów nie mogąc zasnąć. Odgarnął włosy z czoła i rozejrzał się. Jeden z dementorów przepływał właśnie przed celą. Zimny dreszcz przeniknął ciało mężczyzny.
Nucił cicho, spoglądając w księżyc. Uśmiechnął się, wspominając wydarzenie sprzed dziesięciu lat.
Zegar w lochach Slytherinu zabił kilkunastokrotnie. Siedzieli we trójkę przy kominku: Leeann, skulona pod zielonym pledem, Warren, z zapałem poprawiający własne wypracowanie na dywanie, i on sam, oparty o stolik do kawy i czytający na głos fragmenty mugolskiej gazety.
— Człowieku, weź się zajmij czymś konstruktywnym — rzucił Warren, zaśmiewając się do łez.
Rosevelt odczytywał właśnie relację kilku osób, które ponoć widziały, jak piętnastego lipca, w metrze, trzy osoby nagle „wyparowały”.
— „Widziałem, jak ludzie stali przy drzwiach” — czytał dalej Rosevelt nienaturalnie wysokim, dziecięcym głosem — „a potem ‘pyk’ i już ich nie było.”
— Mam nadzieję, że dyrektor tego nie przeczyta — powiedziała Leeann, marszcząc brwi. — Deportacja w metrze pełnym ludzi nie była najlepszym pomysłem...
— Narzekasz — stwierdził Warren. — Przynajmniej jesteśmy sławni. ‘Człowiek, Który Wyparował’... Czy to nie brzmi wspaniale?
Wszyscy troje się roześmiali.
Jakże daleko im było wtedy do myśli, że to wszystko może się tak skończyć.
Że kiedyś dźwięk wspólnego śmiechu będzie brzmieć w ich uszach jak nierzeczywista melodia, równie piękna, co odległa.



komentarze [9]

Rozdział III
czwartek, 12 lipica 2007


Podziękowania i dedykacja dla Bev za betę ;*


Rozdział III


Po niebie pędziły gnane północnym wiatrem chmury. Wpadające przez niewielkie okno światło pełzło po ścianach, rozproszone przez unoszący się w powietrzu kurz i pył. Powietrze w celi zdawało się nasiąkać słoną, morską wilgocią.
Suchy kaszel wstrząsnął ciałem skazańca, kiedy podciągnął się i wyjrzał na zewnątrz. Zamknął oczy, wsłuchując się w huk fal, we wnętrzu twierdzy niesłyszalny. Zimny wiatr zmierzwił mu włosy, po niebie leciały białe mewy, ich skrzydła lśniły odbijając światło księżyca.

Żałował, że pozwolił, by to wszystko skończyło się tak a nie inaczej.
Cała jego długa, dwudziestosiedmioletnia egzystencja zdawała się być tylko nudnym, pozbawionym fabuły, niegdyś obejrzanym filmem. Wszystkie wspomnienia, czy to dobre, czy złe, należały jakby do kogoś innego.
„O co ci chodzi, Rosevelt? Sam się w to wpakowałeś, nikt ci nie pomógł...”
Puścił kraty i z trudem zeskoczył na podłogę celi, niemal upadając. Usiadł i podciągnął kolana pod brodę, opierając na nich głowę i zamykając oczy.

Leżał na niewielkim łóżku w starym mieszkaniu. Słońce boleśnie raziło oczy, ale nie pofatygował się nawet, by zasunąć żaluzje. Wstał szybko i wygonił kilka pająków z adidasów. Uciekły pospiesznie w kierunku uchylonych drzwi do kuchni. Założył czarną szatę, przez dłuższą chwilę nie będąc w stanie trafić ręką do rękawa. Rozejrzał się ponuro po pomieszczeniu. Tapeta odchodziła ze ścian, stół kołysał się niepewnie na nierównych nogach.
Sięgnął po butelkę Ognistej, pozostałej po ubiegłym wieczorze. Pociągnął długi łyk. Ból głowy doprowadzał go do szewskiej pasji. Spojrzał w lustro i potarł grzbietem dłoni czoło. Czarne, zmierzwione włosy były już trochę przydługie, twarz nosiła w sobie zaciętość, szare, zimne oczy lśniły szaleńczym blaskiem. Długie palce powoli obracały różdżkę. Wystarczyło jedno zaklęcie i lustro rozbiło się na setki kawałeczków. W myśli pojawił się pękający wazon matki. Głośno przełknął ślinę.
Cisza szumiała mu w uszach, kiedy stał pod prysznicem. Czarny znak na przedramieniu wciąż piekł. Zimne kafelki nieubłaganie przywoływały na myśl ciepły fotel przed kominkiem w domu.
Dom. Słowo, które bolało niemiłosiernie i być może jedyne, które budziło jakiekolwiek uczucia w sercu. Faith... Stop.
Szybko zarzucił ubranie, nie zwracając uwagi na robaki leniwie pełzające po ścianach. Założył płaszcz i wyszedł z mieszkania, zamykając dokładnie drzwi i machnięciem ręki przeganiając szwędającego się nieopodal kota. Zbiegł po schodach, chowając klucze do kieszeni.
Był wieczór, księżyc widniał wysoko nad horyzontem.
Czekali w jednej z ciemniejszych uliczek, wszyscy tacy sami, z niemal identycznymi wyrazami twarzy. Na ich widok Rosevelt poczuł dławiące obrzydzenie do samego siebie, do nich, do całego świata. Niekoniecznie w tej kolejności. Powitał śmierciożerców ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy. Nienawidził wszystkich, co do jednego.

Inne wspomnienie powoli pojawiało się w jego umyśle.
Dwudziesty drugi lipca, sobota. Włamywali się do jakiegoś domu. Rosevelt miał przeprowadzić akcję spokojnie, ale zabić wszystkich świadków. Chodziło o jakieś papiery, posiadłość należała do szanowanego aurora. Pana domu nie było, śmierciożercy bez problemów rozprawili się z ochroną. Rosevelt miał działać samotnie, Voldemort darzył go pełnym zaufaniem i nakazał przeszukać wszystko dokładnie. Mężczyzna otworzył drzwi wejściowe i rozejrzał się uważnie. Wnętrze było miłe i przyjemne, przywodzące na myśl mieszkanie szczęśliwej rodziny z mugolskiego serialu. Zobaczył jakąś skrzatkę, która usiłowała uciekać. Bez chwili zastanowienia wyszeptał dwa śmiercionośne słowa. Przeszukał wszystkie szafki w salonie i wreszcie, po długich minutach, ruszył w kierunku wyjścia, niosąc dokumenty. Droga była wolna, śmierciożercy już dawno znikli, został zupełnie sam. Minął bramę i wyszedł na ulicę. Już miał się deportować, gdy nagle zastygł w bezruchu. Kilka metrów przed nim, na chodniku, stał mały, zaledwie kilkuletni chłopiec z matką. Rosevelt powoli uniósł różdżkę, chcąc pozbyć się ostatnich świadków. Chłopiec wyrwał się z uścisku. Jego matka wrzasnęła histerycznie, usiłując go zatrzymać, ale próby na nic się zdały. Dziecko podeszło do Rosevelta i spojrzało dużymi, niesamowicie niebieskimi oczami, w których błyszczała rozpaczliwa odwaga. Rosevelt omal nie prychnął, z zainteresowaniem przyglądając się małemu czarodziejowi. Co ten dzieciak mógł mu zrobić?
— Proszę zostawić mamę — powiedział chłopiec.
Rosevelt unieruchomił krzyczącą kobietę prostym zaklęciem. Na jego twarzy pojawił się okrutny uśmiech, kiedy, obracając różdżkę w palcach, przyglądał się dzieciakowi.
— Proszę zamiast tego zabić mnie!
Kobieta wreszcie wyszarpnęła swoją różdżkę i wyswobodziła się z uścisku zaklęcia unieruchamiającego. Złapała syna za kołnierz i odciągnęła, zasłaniając go własnym ciałem. Rosevelt, choć mógłby już kilkukrotnie pozbyć się zarówno matki, jak i dzieciaka, stał w bezruchu.
— Nie tkniesz mojego dziecka — syknęła kobieta, w jednej ręce dzierżąc różdżkę, a drugą przytrzymując syna. — Choćbym miała cię zabić gołymi rękami.
Była niezwykle piękna. Pojedyncze włosy wypadały spod kapelusza, błękitne oczy miotały błyskawice.
— To tylko bachor — rzucił lekceważąco Rosevelt i przyłożył różdżkę do szyi kobiety. Jej wargi drżały.
— To moje dziecko — odparła, ledwie poruszając ustami, ale Rosevelt i tak usłyszał ją bez problemu.
— I?
— I nie pozwolę go skrzywdzić — warknęła, mocniej przytulając syna do siebie. — Chociaż — syknęła, a w jej oczach pojawił się lodowaty chłód, zastępując na chwilę rozpaczliwą determinację — ludzie pańskiego pokroju przecież nie wiedzą, czym jest miłość.
Rosevelt zamrugał gwałtownie, nie znajdując odpowiedzi. Kobieta odwróciła się i objęła ramieniem syna. Rosevelt patrzył w ślad za nimi, nie zdając sobie nawet sprawy, że opuścił różdżkę. Dopóki ludzie twierdzili, że jest okrutny, zły, bezduszny, nieludzki, nie przejmował się tym. Wiedział o tym od zawsze, ba!, nawet zaczynało go to bawić.
Teraz jednak w umyśle odezwał się cichy, chłodny głosik sumienia, przerażająco podobny do głosu ojca, kiedy informował ich, że wychodzi z kolegami.


— Czy zabiłeś wszystkich, Rosevelt? — Chłodny, niedawno jeszcze uwielbiany głos wzbudził w nim obrzydzenie. Nie mógł dać tego po sobie poznać, naturalnie.
— Oczywiście, mój Panie — odparł, unikając wzroku czarodzieja.
Voldemort ledwo dostrzegalnie skinął głową. Rosevelt odszedł, czując na sobie spojrzenie czerwonych oczu.
Od tamtego dnia nie potrafił już zabijać bez wahania, wystarczyło do tego tylko kilka słów wypowiedzianych przez kobietę. I duże niebieskie oczy dziecka, które zawsze miały go prześladować, początkowo tylko w snach, z czasem i na jawie.
Jednak pomimo tego wszystkiego nie odwrócił się od Voldemorta. Jak za dawnych czasów wieczorem wypijał kilka puszek piwa, pragnąc zapomnieć choć na chwilę o tym, kim jest. Zbił wszystkie lustra, żeby nie widzieć codziennie kogoś, kogo nie poznawał. Kiedy trafił do Azkabanu, potraktował to niemal jak uśmiech losu.
Był szaleńcem. Więźniem własnego poczucia winy i pragnienia udowodnienia sobie, że jego życie mimo wszystko było coś warte.
Choroba psychiczna, bo od dłuższego czasu nie można było tego nazwać inaczej, wciąż się pogłębiała. Z każdym dniem, z każdym kolejnym wspomnieniem.

Znowu przypominał sobie dawne chwile, jakby chcąc uciec od wszystkiego, co wiązało się z teraźniejszością.
Widział stary, zniszczony plac zabaw przed blokiem, w którym zamieszkał. Obłażące z farby drabinki, huśtawki wydające z siebie przenikliwe zgrzyty przy najmniejszym podmuchu wiatru. Wyszedł z klatki schodowej, trzymając w dłoni papierosa. Miał zamiar odbyć stałą trasę do sklepu na stacji benzynowej i z powrotem. Był późny, jesienny wieczór. Nie rozglądając się wokoło, przeszedł plac w poprzek.
— Rosevelt!
Odwrócił się gwałtownie, zbyt dobrze znał ten głos. Na ostatnim, najwyższym szczeblu drabinki siedziała dziewczyna o długich, jasnych włosach, teraz poplątanych przez wiatr i wilgotnych od mżącego deszczu.
— Lee... — westchnął, podchodząc do niej niechętnie.
Zeskoczyła z drabinki. Granatowe jeansy zamoczyły się kałuży. Musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w twarz.
— O co chodzi? — zapytał z rezygnacją, jedną ręką opierając się o zjeżdżalnię.
— Miałeś... Rosevelt, co ty ze sobą robisz? Komu chcesz coś znowu udowodnić?
— Nikomu — odparł niezbyt przekonująco nawet dla samego siebie. — Zresztą, nie twój interes.
— To nie Voldemort cię niszczy, Rosevelt. — Leeann oparła się o drabinki, odwracając wzrok. Nawijała na palec kosmyk włosów i to było jedyną dostrzegalną oznaką jej zdenerwowania. — Niszczy cię twój własny upór. Chęć udowodnienia wszystkim, że dasz sobie radę sam.
— To wszystko, co masz mi do powiedzenia? — zapytał agresywnie, niczego więcej nie pragnąc, jak tylko żeby wreszcie dała mu spokój.
— Nie, Rosevelt. Ale przecież i tak nie masz zamiaru dalej słuchać.
Odwróciła się na pięcie i deportowała, zostawiając go stojącego pośrodku opuszczonego placu zabaw, wśród kołyszących się na wietrze i skrzypiących przeraźliwie huśtawek.

Rosevelt zdawał sobie sprawę, że istnieje nikła nadzieja, iż Leeann przeżyła. Gdyby ponownie trzeba było sprawdzić wierność Rosevelta, martwa na nic by się Voldemortowi zdała. Żył tą myślą od dłuższego czasu, zupełnie jakby była ostatnią, która trzymała go przy zdrowych zmysłach.
Kiedy właściwie zdał sobie sprawę, dlaczego to właśnie ją spośród jego przyjaciół wybrał Voldemort tamtego dnia?
Za późno. O wiele lat, chwil, dni, spojrzeń i słów za późno.


Był wieczór, kiedy pustą ulicą szła wysoka, jasnowłosa kobieta. Weszła do klatki schodowej, minęła zepsutą windę i ruszyła na górę. Otworzyła drzwi mieszkania, zdjęła płaszcz i zgrabnym ruchem zarzuciła go na wieszak. Czerwone szpilki zostawiła na dywanie w przedpokoju. Zapaliła światło i wyjęła z lodówki karton z mlekiem. Sweter o przydługich rękawach obsunął się nieco, ukazując poparzone, poranione ręce, które nigdy nie miały się zagoić. Zaparzyła herbatę i dolała do niej mleka. Niechcący rozsypała cukier na drewnianym stole. Ukucnęła, opierając się o ścianę i przymknęła oczy, czekając, aż dłonie przestaną jej drżeć. Potem podniosła się niepewnie i zgarnęła cukier. Kot wyszedł z koszyka i przeciągał się, mrucząc głośno. Uśmiechnęła się do niego i pogłaskała. Usiadła przy biurku w sypialni i postawiła obok herbatę. Kociak z prychnięciem usadowił się na jej kolanach i momentalnie zasnął.
Leeann siedziała przez chwilę z bezruchu, bezmyślnie bębniąc palcami o szklankę, po czym zgarnęła na ziemię dokumenty z pracy i wyjęła blok rysunkowy. Palce zacisnęła na ołówku i nakreśliła pierwszą linię.
W pokoju paliła się tylko świeczka zapachowa, zegar świecił na niebiesko, wskazując godzinę dwudziestą drugą. Kot, przeciągając się na kolanach Leeann, usiłował oderwać kawałek jej szarego swetra, ale ona nie zwracała na to uwagi. Ze spokojem rysowała, zupełnie pochłonięta pracą. Herbata wystygła zupełnie, ćma uderzała o żarówkę, a pająk, którego nie miała serca przegonić, kulił się na swojej pajęczynie, gotowy do ataku. Zasłonka powiewała na wieczornym wietrze, księżyc usiłował zajrzeć do niewielkiego pomieszczenia. Na ścianie wisiały dziesiątki czarno-białych fotografii. Część przedstawiała ją samą z przyjaciółmi, inne rodzinę, jeszcze kolejne stary dom, który musiała opuścić. Odłożyła powoli szkic, podniosła się, ostrożnie kładąc kota do koszyka.
Weszła do łazienki i spojrzała w panoramiczne, zajmujące niemal pół ściany lustro. Widziała w nim kobietę o długich, jasnych włosach i błękitnych, podkrążonych oczach. Powoli ściągnęła ubranie i obrzuciła uważnym spojrzeniem długie rany na swoim ciele. Opatrzyła je już tylko z przyzwyczajenia, wiedziała, że i tak nigdy nie znikną. Wzięła chłodny prysznic, słuchając plusku wody uderzającej o kafelki. Otuliła się białym, puchatym ręcznikiem i wyszła z łazienki. Założyła koszulę nocną, po czym ponownie usiadła za biurkiem. Jak co wieczór podjęła syzyfowy trud przywrócenia sprawności swojej ręce. Lewa dłoń była niemal zupełnie sparaliżowana, po latach rehabilitacji udało jej się tylko oswobodzić z odrętwienia kciuk. Zaklęcia, którymi Oni bawili się tamtej nocy, miały pozostawić trwały ślad nie tylko w jej psychice. Zasnęła chwilę po przyłożeniu głowy do poduszki.

Znów tam była. Stała w wielkim, lodowato zimnym holu, nie czując i nie słysząc niczego prócz bicia własnego serca. Wokół zacieśniał się krąg falujących postaci, ubranych w czarne, długie szaty. Któryś ze śmierciożerców wyciągnął różdżkę i rzucił pierwsze zaklęcie. Przeszyła ją fala bólu, we śnie jednak znacznie pomniejszona. Krzyk uwiązł jej w gardle. Dostrzegła w tłumie człowieka, który niegdyś był jej przyjacielem. Szare oczy wpatrywały się w nią z trudnym do zrozumienia wyrazem.
Wspominała rozmowę z innym śmierciożercą. Leżała wtedy w celi, do której zawlekli ją po porwaniu. Ubrany w czerń mężczyzna wbił jej czubek buta w brzuch i coś warknął.
— Wstawaj — powtórzył, spoglądając na nią z pogardą.
— Po co? — wychrypiała, kuląc się przed kolejnym uderzeniem, które jednak nie nadeszło.
— Dlaczego miałbym ci to powiedzieć? — Uniósł brwi i prychnął, wyraźnie rozbawiony.
— Dlaczego miałbyś mi nie powiedzieć? — odparła, z trudem podnosząc głowę.
Na jego wargach igrał drwiący, zimny uśmiech.
— Skoro chcesz wiedzieć, dobrze — powiedział, wzruszając ramionami. — Czarny Pan nakazał cię tu sprowadzić, by złamać jednego ze swoich sług. Będzie cię torturował, może nawet cię zabije, kto wie. — Mężczyzna uśmiechnął się okrutnie, rozbawiony strachem, który musiał malować się na jej twarzy.
— Kim jest ten śmierciożerca? — zapytała, ale stojący nad nią mężczyzna nie udzielił odpowiedzi, tylko chwycił ją za ramię i zmusił do wstania z posadzki, po czym pociągnął w kierunku wyjścia z celi.


Dlatego właśnie stała wyprostowana pośrodku sali pełnej śmierciożerców i dokąd mogła nie krzyczała z bólu.
Dlatego kilka tygodni później, siedząc pośród zebranych w sali przesłuchań, złożyła takie a nie inne zeznania.
— Co może nam pani powiedzieć o tym wydarzeniu? Czy rozpoznała pani któregoś ze śmierciożerców?
Przed jej twarzą natychmiast pojawiły się lodowato zimne oczy Rosevelta, przerażenie, którego nikt prócz niej nie dostrzegał. Jej głos nie zadrżał, kiedy wypowiadała jedno słowo:
— Nie.

Obudziła się zlana potem i pomimo chłodu wyszła na niewielki balkon. Księżyc górował nad ponurym Londynem. Z kominów fabryk unosił się duszący dym, dachy domów połyskiwały.
Rosevelt był teraz w Azkabanie. Został skazany na jeden z najcięższych wyroków. Pomimo że czuła do niego żal, przekonywała aurorów, że Rosevelta zmuszono do służenia Czarnemu Panu, ale, rzecz jasna, nikt jej nie wierzył. Zresztą, jak wierzyć komuś, kto sam wątpi w swoje słowa?

Kiedy w „Proroku Codziennym” ukazał się artykuł o pojmaniu ostatnich śmierciożerców, w tym Rosevelta i Warrena, kolejnego przyjaciela, filiżanka z poranną kawą wysunęła się z dłoni Leeann i roztrzaskała efektownie. Nie wiedziała, jak długo siedziała w bezruchu. Zegar co jakiś czas bił kilkukrotnie, najpierw niebo rozjaśniło się bardziej, potem ściemniało. Sowa pospieszna z pracy wpadła przez otwarte na oścież okno i dziobała ją w rękę.
Wstała i wypiła mocną kawę, wyrzucając z myśli wszystkie wspomnienia. Z czasem nawet przestały wracać niespodziewanie, już tylko w snach widziała znajome twarze i wydarzenia.


Niedokończony szkic leżał na biurku, kiedy zakładała ciemny płaszcz. Spojrzała na niego przelotnie. Przedstawiał wysoki, majestatyczny zamek na tle rozgwieżdżonego nieba i trójkę naiwnych, wierzących jeszcze w przyszłość młodych ludzi, siedzących pod wysokim drzewem. Niedaleko, na ścianie, przypięta była lekko przykurzona naszywka z Hogwartu. Obok wisiała kartka z kilkoma zdaniami życzeń napisanych znanym, lekko pochyłym pismem, a pod spodem słowa, które znała na pamięć:
„Marzenia należą do przyszłości. Uczucia do teraźniejszości. Tylko wspomnienia są własnością ludzi.”



komentarze [10]

Rozdział II
wtorek, 8 maja 2007


Przepraszam, że musieliście tyle czekać.
Dedykacja i podziękowanie dla Humb :* :* za betę pierwszej wersji rozdziału.

Rozdział II


Czasem wspomnienia są najważniejszą rzeczą na świecie. Czasem stają się nicią Ariadny, pomagającą wydostać się z labiryntu w rozpaczliwej ucieczce przed czymś, czego nie można pokonać – przed obłędem. A czasem... czasem są tylko wspomnieniami.

Był wieczór, utopiony w ciemnozielonym świetle i zapachu wilgotnego pergaminu. Płomyki na dziesiątkach świec gięły się przy najlżejszym powiewie chłodu, ciemny dym wirował, krążąc po pomieszczeniu. Soczyście zielone liście paproci zwieszały się z gustownych regałów, ciemne obicia kanap i foteli błyskały w świetle ognia dogasającego na kominku.
Przy prostokątnych, barokowych stolikach kilku inteligentów wymieniało uwagi pełne bardziej lub mniej niezrozumiałych słów, zawzięcie kreśląc piórami po pergaminach. Na idealnie okrągłym blacie łokcie opierało czterech siódmoklasistów grających w karty w zaciętym milczeniu. Kilka dziewczyn siedziało w rogu pokoju wspólnego i półgłosem plotkowało lub powtarzało materiał na lekcje, ewentualnie spisywało wypracowania.
Rosevelt leżał na kanapie z nogami opartymi na podłokietniku i bez zapału udawał, że przegląda podręcznik do Transmutacji (stopień piąty, wydanie rozszerzone). Słysząc zgrzyt otwierających się drzwi, uniósł głowę, ale zaraz ją opuścił, krzywiąc się ledwo dostrzegalnie i mrucząc coś pod nosem.
Zegar z posrebrzanymi wskazówkami zabił dziesięć razy, obwieszczając nadejście ciszy nocnej, ale Rosevelt bynajmniej się tym nie przejął. Zatrzasnął gruby podręcznik i wrzucił go do skórzanej torby, kołyszącej się leniwie na oparciu sąsiedniego krzesła. Wstał.
Włożywszy dłonie do głębokich kieszeni szkolnej szaty, odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju wspólnego, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi.
W lochach panował półmrok, pełen czających się cieni. Niewielkie półokręgi światła przy umocowanych w ścianie latarniach nie rozjaśniały wilgotnej, lepkiej ciemności. Rosevelt szedł z pochyloną głową, obserwując czarną, wypolerowaną posadzkę i nie zważając na szelesty, z jakimi duchy przenikały ściany, a postacie z obrazów wychylały się ze swoich ram.
W Sali Wejściowej zatrzymał się i rozejrzał ostrożnie. Zamknięte na cztery spusty drzwi wyjściowe zdawały się sięgać sklepienia. Wielka Sala była opustoszała, pomiędzy długimi, drewnianym stołami przemykały tylko śnieżnobiałe duchy.
Po chwili dotarł do biblioteki. Drzwi, dokładnie tak, jak oczekiwał, nie były zamknięte. Uchyliły się z cichym zgrzytem, który odbił się echem w korytarzu. We wnętrzu panował półmrok.
Rosevelt ruszył wzdłuż wysokich, pełnych książek regałów i w końcu dostrzegł majaczące przy jednym ze stolików światełko. Pochodziło z dopalającej się świecy, stojącej na okrągłym, niskim stoliku. Obok, na drewnianym krześle, spała dziewczyna. Głowę położyła na opartych na blacie ramionach, jasne włosy opadały na pożółkły pergamin starego podręcznika do eliksirów.
Rosevelt zajął miejsce naprzeciwko i przez chwilę w milczeniu patrzył na dziewczynę. W końcu wyciągnął rękę i potrząsnął jej ramieniem.
Podniosła głowę, mrugając i przecierając oczy. Jej włosy były trochę rozczochrane i Rosevelt nagle poczuł irracjonalną pokusę, żeby ich dotknąć. Nim jednak zdążył to uczynić, dziewczyna przeciągnęła się i nagle gwałtownie zaczerpnęła powietrza, najwidoczniej wreszcie go dostrzegając.
- Och, cholera – mruknęła pod nosem. – Co ty tu robisz, Rosevelt?
Nie odpowiedział. Leeann przez chwilę mierzyła go uważnym spojrzeniem, a potem wzruszyła ramionami i zamknęła książkę. Zdjęła z nadgarstka szarą gumkę i związała nią włosy w niestaranny kucyk.
- Widziałaś dzisiaj Warrena? – zapytał Rosevelt doskonale obojętnym tonem, nagle bardzo zajęty wyrytym na obrzeżach stolika wzorkiem.
Leeann porzuciła próby upchnięcia wielkiego tomiszcza do torby i podniosła wzrok.
- Nie – powiedziała cicho. – Ale on wróci.
Rosevelt podniósł głowę i uśmiechnął się ironicznie, ale nic nie powiedział. Przez chwilę milczeli. Nagle Rosevelt wstał i schował ręce do kieszeni.
- Możemy wracać? – zapytał.
- Ja jeszcze chwilę zostanę, muszę... – zaczęła Leeann, ale urwała, widząc kpiący uśmiech na twarzy Rosevelt. – Dobrze, dobrze, nic nie mów. Już idę.
Zarzuciła torbę na ramię i zgasiła świecę. W bibliotece momentalnie zapanował półmrok, rozświetlany tylko przez światło księżyca.
- No, to nie było zbyt pomysłowe – odezwał się Rosevelt podejrzanie opanowanym głosem.
- Och, daj spokój – prychnęła Leeann z rozdrażnieniem, co było równoznaczne z przyznaniem mu racji. – Idziemy. Chcesz powiedzieć, że nie trafisz do wyjścia?
- Ja nie trafię? Dobre sobie.
W drodze powrotnej udało im się przewrócić przynajmniej jeden stolik (Leeann), zrzucić z regału nie mniej niż dziesięć książek (Rosevelt) i kilkukrotnie zgubić drogę. Wszystko w akompaniamencie pohukiwania sów za oknem i iście ślizgońskich przekleństw.
- Co u Illii? – zapytała Leeann, kiedy dotarli do drzwi i szczęśliwie opuścili bibliotekę.
- Illii? – zdziwił się Rosevelt, marszcząc brwi. – Och, pewnie wszystko absolutnie wspaniale, jak zwykle.
Leeann oderwała wzrok od portretu na jednej ze ścian i spojrzała na Rosevelta uważnie. On jednak nawet tego nie dostrzegł, uparcie wpatrując się w podłogę.
- To dobrze – powiedziała po długiej, zbyt długiej chwili Leeann.


Ocknął się z półsnu. Nie poczuł zaskoczenia, czując pod plecami chłód więziennej podłogi. Przetoczył się na brzuch i podniósł, z trudem utrzymując się na nienawykłych do ruchu mięśniach. Opierając się o ścianę podszedł w kierunku okna i ponownie opadł na ziemię, podciągając kolana do klatki piersiowej i opierając na nich głowę. Światło księżyca wpadało przez niewielki otwór i łagodnie migotało w kropelkach wody na posadzce. Rosevelt patrzył z fascynacją, jak blask powoli wyłuskuje z ciemności kolejne kształty i cienie – chropowatość ścian, niewielkie wyrwy w skałach, zastygłe w bezruchu wzory deszczu na podłodze.
Oparł skroń na kolanach i przymknął oczy, wsłuchując się w miarowe stukanie kropel i własny oddech.

Jego życie – czym właściwie było? Co właściwie wyróżniało go z szarego tłumu? Co wyjątkowego niegdyś w sobie dostrzegał? Płynął z prądem, egzystował, dryfował. Dokładnie tak, jak wymagało tego otoczenie, dokładnie tak, żeby przypadkiem nie poczuć zmęczenia opieraniem się czemukolwiek.
Nikt nigdy się nie liczył, nikt nie miał znaczenia.
Czuł się tak samo, kiedy w dzieciństwie siedział z matką i Faith przy kominku, jak i wtedy, kiedy chował różdżkę do kieszeni i mijał ich bezwładne ciała. Tak samo w towarzystwie Ślizgonów i chłodnych murów szkoły, jak i na chłostanych wiatrem polanach, w otoczeniu Śmierciożerców.
Nigdy ich nie potrzebował. Bycie samowystarczalnym pochłonęło go tak całkowicie, że nie dostrzegł, jak bardzo zależy mu na udowadnianiu, że jest im równy albo lepszy. Zajęty dbaniem o nie przejmowanie się innymi, coraz bardziej uzależniał się od ich lęku, strachu, podziwu.
Błędne koło.
Teraz zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę. Wiedział, jak wiele dałby, żeby coś zmienić, cokolwiek. Tyle że – po raz pierwszy w życiu – zrozumiał, że w pewnej chwili jest już po prostu zbyt późno.

Na piątym roku poznał Illię Woods. Była piękna, bardzo piękna, ale teraz nawet nie umiał sobie przypomnieć rysów jej twarzy. Jaki miała kolor oczu? Niebieski? Zielony?
Zachowywała się jak na arystokratkę przystało. Jeszcze po Hogwarcie, kiedy przez jakiś czas się spotykali, był nią zauroczony. Jednocześnie, oczywiście, jej nienawidząc. Nienawidził drwiny w jej oczach, kiedy wychodziła rano i wracała do swojego faceta. Nienawidził własnych uczuć, gdy całował jej szyję, usta, ramiona. Pewnego dnia po prostu nie przyszła. Czekał, metodycznie opróżniając lodówkę z wszelkich alkoholi, a potem przestał czekać i nie czekał już nigdy więcej.

Nie, nie kochał jej. Ostatnim słowem, jakie mogło opisywać ich związek, była miłość. Prawdopodobnie tylko dzięki temu jeszcze żyła.

Nagle poczuł mdłości. Oparł dłonie na kolanach i pochylił głowę, usiłując uspokoić oddech, ale torsje nie przemijały. Ściany celi drgnęły, zaczęły się obracać i falować. Przycisnął dłonie do uszu i upadł na lewy bok, przyciągając kolana do klatki piersiowej.
Zapewne zwymiotowałby, gdyby miał czym. Wbił paznokcie w szparę w posadzce, niemal zdzierając je do krwi. Ze wszystkich sił usiłował skoncentrować się na kroplach deszczu, spływających leniwie po prętach krat.
Faith. Ciemne włosy rozsypane na podłodze. Śmiech. Syk Voldemorta. Inkantacje najokrutniejszych zaklęć torturujących. Świszczące oddechy Śmierciożerców.
Matka, leżąca na kuchennej podłodze i niewidzącym wzrokiem wpatrująca się w wirujący przy suficie żyrandol.
„Jesteś morderca i nikim więcej.”


Ociekające wilgocią ściany. Słodkawy zapach, wywołujący mdłości. Czarne, czarne szaty i bardzo jasne, mokre włosy. Postrzępione rękawy swetra, przyciskane do czerwonych ust.
Cała gama uczuć w jasnoniebieskich oczach, nieobejmująca jedynie lęku.
Krzyk bólu, ale nie strachu. Sznur na nadgarstkach, nasiąkający powoli krwią. Cisza, przerywana tylko charczącym, płytkim oddechem leżącej na podłodze kobiety.
Poharatane dłonie, opierające się na posadzce. Knykcie, niemal odarte ze skóry. Drżące kolana, ledwo utrzymujące ciało w pionie.
Kolejne zaklęcia. Kolejne krzyki.
Ból, którego nikt nie byłby w stanie znieść w milczeniu. Ból, który odbierał ludziom zdrowe zmysły.
Obrazowany tylko wrzaskami i jękami. Nigdy błaganiem.
Jego kolej. Podnosi różdżkę. Całe otoczenie migota.
Leeann wpatruje się w niego spod grzywki wilgotnych włosów. Cisza drażni uszy. Leeann wstaje z klęczek, niemal upadając. Stoją przez ułamki sekund naprzeciw siebie i Leeann patrzy na niego oczami bez wyrazu, pustymi i wypranymi z uczuć. Unosi głowę.
Jego zaklęcie lśni w powietrzu. Leeann upada na ziemię. Jej paznokcie drapią posadzkę. Krew płynie z ust.
Rosevelt opuszcza różdżkę i powoli, jak w transie, chowa ją do kieszeni szaty. Mruga i nagle ma wrażenie, że jego mięśnie są z waty. Opiera się o ścianę, powoli tracąc przytomność przy akompaniamencie krzyków i śmiechu.
Gdy się budzi, rejestruje tylko martwą ciszę i chyba nic nigdy nie przeraża go bardziej, nawet widok krwi na posadzce.

Rosevelt słyszał własny wrzask, ale nie zrobił nic, żeby go powstrzymać. Przyciskał dłonie do uszu i trząsł się jak w gorączce, bezustannie krzycząc, aż z trudem był w stanie wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk.
W końcu przetoczył się na brzuch i oparł policzek na zimnej posadzce, dysząc ciężko. Wpatrywał się w niebieskawe światło księżyca, tworzące idealny kwadrat naprzeciw okna. Lepkie powietrze kleiło się do podniebienia.
Zamknął oczy. Wdychał pył i kurz, osiadły na podłodze.

Znał Leeann jeszcze z czasów dzieciństwa. Ich domy stały niedaleko siebie i pomimo niechęci, jaką darzyły się wzajemnie rodziny, często się spotykali.
Mieszkali poza Londynem, w jednym z dużych, czarodziejskich osiedli, składających się z kilkunastu domów, rozsianych na niewidocznym dla mugoli wzgórzu.
Gdy miał kilka lat, ojciec nauczył go jeździć konno, co na objętym anty-teleportacyjną barierą terenie było niezwykle przydatne. Nie wspominając już o tym, że stanowiło elementarz młodego arystokraty.

Pewnego dnia przed wieloma laty w jego domu aportowała się skrzatka, należąca do rodziny Leeann. Siedział właśnie w kuchni nad kubkiem z kawą i podręcznikiem Zaklęć, kiedy z zamyślenia wyrwało go pyknięcie i potok coraz głośniejszych i bardziej zachrypniętych słów, z których wyłowił tylko cztery lub pięć. Wystarczyły, by pojąć ogólny sens.
Chwycił płaszcz i zarzucił go w biegu. Gwizdnął krótko i po chwili już siedział na koniu, galopując w kierunku majaczącego na wzgórzu domu.
Większość mieszkań stała pusta. Czarodzieje, którzy mogli sobie pozwolić na luksusową willę na tak prestiżowym osiedlu, rzadko spędzali letnie wakacje gdzie indziej niż w najdroższych, zagranicznych hotelach. W niektórych oknach łagodnie falowały białe firanki, w ciszy, przerywanej tylko stukotem kopyt, cykały świerszcze.
Dotarł wreszcie do niewielkiego, dwupiętrowego domu, o białych ścianach i ciemnogranatowym dachu. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, ale Rosevelt nie dał się zwieść pozorom. Lepka, nieprzyjemna cisza unosiła się w wilgotnym, burzowym powietrzu.
Znał ten dom doskonale. Często niby przypadkiem przechodził obok, szukając wzrokiem sylwetki przyjaciółki i mimowolnie rejestrując wszystkie szczegóły otoczenia. Teraz doskonale dostrzegał, że nic, zupełnie nic nie jest w porządku.
Żwir ze ścieżki gdzieniegdzie był rozgrzebany, a mała chorągiewka, przypięta zwykle do skrzynki pocztowej, została urwana. Pozostawały jeszcze okna i zasunięte żaluzje, no i uchylone drzwi wejściowe.
Rosevelt zeskoczył z konia i poklepał go po szyi, po czym wyjął z tylnej kieszeni płaszcza różdżkę. Zastanawiał się przez chwilę, co zrobi, jeśli zastanie ich w środku. Niemal z naukowym zainteresowaniem analizował własne myśli i doszedł do wniosku, że nie jest w stanie tego przewidzieć.
Dopiero, gdy przekroczył próg, delikatnie popychając drzwi, i dostrzegł szkło, połyskujące na podłodze, przestał się zastanawiać.
„Złamali zasady” – pomyślał trochę bez sensu. Ominął ostrożnie odłamki rozsypane na czerwonym dywanie i rozejrzał się.
Na piętrze rozległ się głośny szmer. Rosevelt porzucił oglądany odłamek obrazowej ramy i uniósł wyżej różdżkę, po czym powoli, niemal oparty o ścianę, wszedł po schodach na górę. Na korytarzu nie było śladów walki. Chińska waza stała na okrągłym stoliku zupełnie nietknięta, tak jak i książki na zabudowującym jedną ze ścian regale. Szmer rozległ się ponownie.
Rosevelt pchnął uchylone drzwi jednego z pokojów i gwałtownie zaczerpnął powietrza. Leeann stała nieruchomo naprzeciwko drewnianych regałów, w drżącej dłoni ściskając jakąś książkę.
W pokoju panował półmrok, żaluzje były zaciągnięte, przez małe szparki wpadała niewielka ilość światła.
Leeann była bardzo blada, ale uśmiechała się dziwnie. Jasne, rozpuszczone włosy były splątane, ubrania pobrudzone kurzem, a na policzku dziewczyny widniała czerwona szrama.
- Jesteś... – westchnął, w głębi ducha czując niewyobrażalną, niezrozumiałą ulgą.
- Widziałeś ich? – zapytała dziwnym tonem, wciąż się uśmiechając. Rosevelt dostrzegł, że jej palce jeszcze mocniej zacisnęły się na książce, a knykcie niemal zbielały.
- Kogo? – zapytał powoli, z trudem przełykając ślinę. Niepokój niemal ścisnął mu gardło.
- Rodziców – odpowiedziała, jakby to było oczywiste. – Są na dole. W salonie.
Rosevelt zamknął oczy. Zacisnął powieki i odwrócił się do ściany, po czym potarł dłonią czoło.
- Leeann...
- Widziałeś ich?
- Leeann...
- Widziałeś, do jasnej cholery?!
Leeann odwróciła się do niego, wypuszczając książkę z ręki. Zaciskała palce na różdżce i już się nie uśmiechała.
- Nie żyją – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. W jej spojrzeniu malowała się jakaś upiorna, przerażająca satysfakcja, gdy przyglądała się, jak Rosevelt coraz bardziej blednie. – Oboje nie żyją, Rosevelt. Oboje.
Skrzywiła się nagle i odwróciła od niego.
- Wyjdź – powiedziała przerażająco cicho i spokojnie. – Wynoś się.
Odwrócił się i wyszedł. Nim zatrzasnął za sobą drzwi, usłyszał jeszcze łoskot, jakby ktoś z całej siły uderzył pięścią w ścianę, a potem Leeann się rozpłakała.
Zszedł powoli po schodach, w korytarzu zatrzymując się jeszcze na chwilę przy drzwiach do salonu.
Leżeli na posadzce, obok siebie, nieruchomo. Piękna kobieta i mężczyzna, oboje jednakowo bladzi, spokojni i m a r t w i. Jego wzrok przykuły białe perły, rozsypane na czerwonym, eleganckim dywanie, połyskujące w mdłym świetle dnia.
Pamiętał jeszcze, że wyciągnął z kieszeni płaszcza różdżkę i ostrożnie oczyścił ubrania domowników z ciemnych plam krwi, a potem zwabił siedzącą na szafie białą sowę i wysłał ją do Ministerstwa Magii.
Później pozbierał jeszcze odłamki szkła w przedpokoju, odrobinę kalecząc sobie palce, a następnie wyszedł z mieszkania i ostrożnie zamknął za sobą drzwi.

Rosevelt otworzył oczy i ponownie spojrzał na księżyc za oknem. Za późno – powtarzał śpiewnie głosik w jego głowie, a Rosevelt po raz pierwszy w milczeniu przyznał mu rację.
Za późno.




komentarze [3]

Grafika&html wykonałam ja tylko dla mnie.
1024x768 pikseli; przystosowane do IE i Firefoxa.
Łapki przy sobie.



Menu

Do you still remember, who we
are ?

Chapters: 0, I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI, XII, XIII,
The best: x, x, x, x, x, x, x,
Opinions: x, x, x, x,